Pomóżcie mi z kilkoma terminami
Dzieki za pomoc - jeszcze kilka watpliwosci:

Machinegunner - arylerzysta (obslugujący karabin maszynowy)?
Rocketeer - artylerzysta (obslugujący wyrzutnie rakiet)?
Riflemen - strzelec?
Marine Engineer - inżynier wojskowy czy saper?
Marine antitank - piechota przeciwczołgowa?


     

  Polskie fortyfikacje na wschodniej granicy - do 17.IX.1939 r
Ja kopii tego artykułu nie mam, ale mogę za jakiś czas mieć. Ale może ktoś z obecnych na Forum go już ma?


Ja niestety nie mam, a "Saper i Inżynier Wojskowy" nie jest dostępny w żadnej biblotece w Gdańsku.
Wiem, bo sprawdzałem, że roczniki tego pisma są w Jagielonce w Krakowie.

  Historyczne RPG?
Kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, ma wyjść "D20 Modern" po polsku. Tzn. miał już wyjść dawno temu, ale jakoś ciągle jego wydanie się obsuwa... Tam powinny być przydatne klasy...
To dla leniwych.
Bo wg mojej skromnej opini, ze zrobieniem klas też nie ma problemu. Bierzesz dobrą literaturę dotyczącą okresu i robisz sobie klasy(czy też profesje). Dla przykładu(Z pamięci piszę):

Rzym Republikański: Gladiator, Niewolnik, Plebejusz, Ekwita(jako cywil), Senator, Welita, Hastati, Princeps, Triarii, Ewita(jako jeździec), Option, Centurion, Trybun, Legat, Dux.

Rzym Cesarski: Gladiator, Niewolnik, Wyzwoleniec, Plebejusz, Ekwita, Senator, Łucznik Auxiliari, Włócznik Auxiliari, Legionista, Pretorianin, Option, Centurion, Trybun, Legat, Dux.

Jako prestiżówki można strzelić Edyli, Kwestorów, Prokuratorów, Pretorów itd. dla cywili, i różne wew. rangi dla wojskowych.

Jak chcecie dajmy na to WWII, to bierzecie literaturę dotyczącą okresu i patrzycie na skład drużyny piechoty: Sierżant, Kapral, Erkaemista, Strzelcy, Żołnierze z Pistoletami Maszynowymi. Drużyna Inżynierów: Miotacz Płomieni, Saper, Inżynier, Grenadier... Itp.Itp.

Podsumowując, dla chcącego... i tak dalej.

--
"The Emperor does not share your optimistic appraisal of the situation"
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Avatarek sponsorowany przez Salę nr 32 z R-konu 2006
- - - - - - - - - - -
Net wrócił... Tremble in fear...
Post był edytowany przez autora dnia 06 05 2006 o godzinie 14:09

  WSO WL we Wroclawiu
Grejfrut, kiedyś czteroletnie WSO to było "tak jak politechnika i w dodatku prze....ne".
Inżyniera Wojskowa to całe spektrum: budowa mostów niskowodnych, pontonowych, rozbudowa fortyfikacyjna, wykonywanie zapór inżynieryjnych [przeszkody, pola minowe], niszczenie obiektów, budowa dróg, remonty i naprawa lotnisk...
Tyle mi się przypomina, a po skończeniu możesz trafić zupełnie różnie, do brygadowej kompanii saperów [raczej kiepsko] do pułku drogowo - mostowego, batalionu inżynieryjnego oraz do pododdziałów inżynieryjnych w innych RSZ.

     

  SO dobry pomysł czy porażka?
Nawet dla własnego dobra- nie powielaj bezsensownych schematów myślenia, bo całego życia w armii nie spędzisz.



Dokładnie tak jak piszesz. Oficer Bundeswhery MUSI mieć cywilny zawód już przed wstąpieniem do Armii. W czasie służby ma możliwość i obowiązek rozwijać swoją wiedzę wojskową i cywilną. Widziałem kiedyś stronę rezerwistów BW, byłem w szoku gdzie oni pózniej pracują.
Osobiście raz tylko spotkałem jednego inżyniera - byłego sapera ,Oberst mit Reserve, człowiek na takim poziomie że psycha klęka. Według niego wykształcenie to inwestycja która zawsze się zwróci, a wojsko w dokumentach zawsze pomaga (oczywiście piszę o Niemcach).
Samo bycie w korpusie oficerskim zobowiązuje do większego zaangażowania w siebie i powinno być powodem do dumy. ( Ich bin fahnenjunker mit Reserve - auch ofizier)

[ Dodano: Pon 01 Maj, 2006 ]

  Bolków
Góra Ryszarda - czy Polacy spenetrowali obiekt?

Witam!
O obiekcie podziemnym, jaki podobno ma się znajdować w masywie Góry Ryszarda w Bolkowie napisano sporo, ale ogólników.
Pisano, że niby znaleziono plany - ale na tych planach (czy też raczej planie) nie ma (z tego co ja pamiętam) informacji, że dotyczy on obiektu w Bolkowie, ponadto sugerowano, że probowali do niego wejść i Rosjanie i Polacy, ale bez szczegółów.

W takim razie, ja chciałbym rzucić jeden szczegół.
Otóż w archiwum państwowym natrafiłem na sprawozdanie jednej z licznie działających na terenach tzw. Ziem Odzyskanych akcji specjalnych.
A o to i jego treść:

dnia 13 sierpnia 1947 r.

Podziemia w Bolkowie.
Na terenie przyległym do fabryki lnu ‼Wisła” w Bolkowie znajdują się korytarze podziemne o 4 wejściach, prowadzące w głąb pobliskiej góry. Stwierdziłem, że jedno z wejść zostało odkopane przez saperów przy udziale robotników fabryki. Korytarze mają łączność między sobą i są puste, z wyjątkiem krótkiego zawalonego odcinka, mającego zawierać pewną ilość specjalnych świdrów górniczych. Zdaniem zapytywanego przeze mnie specjalisty inżyniera-górnika rozkopywanie zawalonego odcinka byłoby nieopłacalne.



Jak z tego wynika, wojsko polskie (saperzy) spenetrowało obiekt!
Być może za czas jakiś uda się odnaleźć sprawozdanie z tej wojskowej akcji.
Pozdrawiam
wars98

  Obce flotylle rzeczne na wodach Prypeci w czasie 1WS
...Miński, o który był we Flotylli Wiślanej i WTLK, na swojej korespondencji nigdy nie podawał żadnego stopnia wojskowego, choć gwoli ścisłości nie podawał również, że był inżynierem...

Nie ma 100% pewności, że to ten sam, ale zgadzają się: imię, nazwisko, rok urodzenia i wykształcenie - inżynier.
Z dokumentów, które widziałem: przy Dowództwie Weichselflottille (listopad 1915 r.) był m.in. Ldstpfl. Ing. Kasimir Ritter v. Miński, jako Maschinen und Dampfkesselinspektor. Przede wszystkim pełnił jednak funkcję komendanta tzw. Detachment Iwangorod, która to jednostka zajmowała sie podnoszeniem statków w Dęblinie (w dokumencie wymienione są parowce Kujawiak, Wenera i inne).
Nie jestem specjalistą w tej materii, ale wydaje mi się, że inżynierowie z Landsturmu, traktowani byli jak oficerowie. Miński w Wojsku Polskim został porucznikiem saperów.
JB

  Wojsko
to juz cie w nim i tak nie beda chcieli, bo armia przejdzie na zawodowstwo.



Z tego co rozumiem Fearfol akurat chce zostać żołnierzem zawodowym.

Nie jestem jednak pewien czy liceum o profilu muzycznym to doby pomysł. Fearfol, chcesz zostać doboszem?
Jak służyłem w saperach poznałem jednego wojskowego muzyka. Plutonowy, grał na trąbce w wojskowej orkiestrze, a poza tym pełnił normalną służbę jako mechanik w kompanii remontowej. Do jego obowiązków należało, między innymi, trąbienie o 7.30, gdy samochód pana pułkownika wjeżdżał na jednostkę. Poza tym dmuchał w ustnik na wszystkich defiladach i pogrzebach. Nie zawsze był tym zachwycony, szczególnie staniem w trzaskającym mrozie, na pogrzebie jakiegoś weterana. Ustnik przymarzał do ust, a i tak całkiem zamarzały przyciski w trąbce. No cóż, taka służba, jeśli odpowiada ci podobne kariera w armii, to życzę powodzenia.
A nie lepiej byłoby skończyć zwykłe liceum, zdać maturę i zdawać do jakiejś szkoły oficerskiej? Te uczelnie są o różnych profilach, a prócz podporucznika dostać też można tytuł magistra, czy magistra-inżyniera i zdobyć zwykły zawód. Koniecznie chcesz grać w orkiestrze?

  Polacy w Afganistanie stracili maszynę inżynieryjną
Ależ właśnie systemy śledzenia i zarządania, rozpowszechnione w logistyce amerykańskiej i od lat bezskutecznie pukające do drzwi naszych wojsk bazują na doczepianych do przewożonych obiektów takich markerach. Tak były oznaczane choćby te humvee ładowane do kontenerów w Kuwejcie czy Emiratach (teraz już nie jestem pewien, ale raczej w Kuwejcie).

Bożena z całą pewnością ma związek ze słowacką nazwą saperów/inżynierów wojskowych: żenist (Ženijny Prapor).
Ale nie całkiem rozumiem Twoje stwierdzenie "oficjalne nazywanie sprzętu bojowego należy chyba do rzadkości"? Przecież znakomita większość sprzętu bojowego ma jakieś nazwy.

  Pomóżcie mi z kilkoma terminami

Machinegunner - arylerzysta (obslugujący karabin maszynowy)?



    Celowniczy karabinu maszynowego (w skrócie: celowniczy km). Może się
gdzieś tam jeszcze kręcić Loader, czyli amunicyjny.

Rocketeer - artylerzysta (obslugujący wyrzutnie rakiet)?



    Celowniczy rakietowego granatnika przeciwpancernego (celowniczy
rgppanc). Nie wiem, co Ty tam tłumaczysz, ale jako to jest z IIwś, to jest
to celowniczy bazooki. I znowu może się tam gdzieś kręcić Loader, ale w tym
przypadku to pomocnik celowniczego.

Riflemen - strzelec?



    Tak. Ale nie strzelec w dosłownym rozumieniu tego słowa (= ktoś, kto
strzela), ale jako funkcja.

Marine Engineer - inżynier wojskowy czy saper?



    Saper, ale nie taki zwykły tylko z piechoty morskiej. Tak przy okazji,
saper to właśnie żołnierz z oddziałów inżynieryjnych.

Marine antitank - piechota przeciwczołgowa?



    Brr... Nie "przeciwczołgowy", ale przeciwpancerny (= ppanc), to raz.
    Dwa, może być to żołnierz piechoty morskiej z bronią przeciwpancerną,
albo - jeżeli to tekst z IIwś - z torbą wypełnioną materiałem wybuchowym
(tzw. satchel charge). Trochę ciężko to oddać krótko.

    Przy okazji, Marine = żołnierz piechoty morskiej, Marines = cała banda
jego kolegów ;o) Czasami, jeżeli chodzi o żołnierza amerykańskiego z USMC
(United States Marine Corps) pozostawia się owo Marine w oryginale.

    REMOV


  Zawodowa armia nie gwarantuje bezpieczeństwa
W sensie mięsa armatniego masz rację. Ale najcenniejsi są zawodowcy i doświadczeni żołnierze ponieważ to oni decydują o sukcesie.



Pozwolisz Piter ze nie do konca sie zgodze. Juz gen. Rommel mawial ze ”dobry amator jest lepszy od genialnego zawodowca”.

Gdyby tak bylo jak piszesz to Armia Czerwona nie doszlaby nigdy do Berlina a armia amerykanska do Monachium. Wiesz kim byl np. dowodca jednego Korpusu Kanadyjskiego w cywilu? Prywatnym przedsieborca.

Kazdy zawodowiec staje sie zawodowcem dopiero w walce, na wojnie nie ma ”wierzacych ale nie praktykujacych”. Formacje tzw. elitarne staja sie naprawde takowymi dopiero w walce i po dosyc dlugim czasie.

Duża część zadań na tyłach wymaga innej wiedzy niż posługiwanie się bronią. Np. logistyka (służby naprawcze, dostawy), służba zdrowia, zadania inżynieryjne ale także OPK.



Wiekszosc z tych zadan moga z powodzeniem zrobic rezerwisci, manager w firmie logistvcznej powinien poradzic sobie w prowadzeniu skladu wojskowego(magazynu). Lekarz-hirurg po przeszkoleniu wojskowym moze sobie swietnie dawac rade z ranami postrzalowymi i innymi a inzynier moze tak samo naprawiac samochody ciezarowe cywilne jak i wojskowe.
Mialem kiedys kolege taksowkarza , ktory na wypadek wojny jezdzilby ambulansem i byl do tego przeszkolony w "obronie terytorialnej" i raz w roku odbywal kilkudniowe cwiczenia. Myslisz ze w czasie wojny nie dalby on rady jezdzic samochodem po Kopenhadze lub innym Sztokholmie?
Znal swietnie teren, samochody na ktorych moglby jezdzic, mial przeszkolenie w zakresie mechaniki pojazdow i cwiczenia sanitarne. Moim zdaniem zaden "profesjonalista" wojskowy nie moglby sie z nim rownac w tym fachu (bo musialby kilka godzin dziennie jezdzic samochodem po miescie i okolicach a wiadomo w wojsku jak w wojsku, brak paliwa, brak samochodow itd. itp.).
Dlatego nie przesadzalbym zbytnio z ta niezbednoscia "zawodowcow".

Podczas wojny w Gulfie w 1991 jedna kompania saperow Gwardii Narodowej zostala juz na mniejscu przemianowana w kompanie transoprtowa bo takie byly aktualne potrzeby i swoje zadanie wykonywala bardzo dobrze.

A pierwotnie wynika to z dogmatu św. Tomasza



A jak ktos jest "neutralny swiatopogladowo" czyli mowiac prosto ma wyje.. na Jezusa, Maryje, Tomasza czy innego Wojciecha?

  "Jedna szkoła dla armii"

Czyli tak jak... zawodowka, nie? ;-)



Tak to mniej więcej wygląda.

Zostawi sie jako FILIE tylko dwie istniejace uczelnie techniczne,
w Deblinie i Gdyni, coby "nie przenosic morza do Warszawy".



To ma pewien sens. Ale jak psiałem bez tych filii moim zdanie po prosrtu nie da
się.

Pomysl jest calkiem niezly, poniewaz, powtorze,
TYSIAC ABSOLWENTOW ROCZNIE, to ile kurcze wyzszych
uczelni mialoby ich ksztalcic, toz niezdlugo byloby
wiecej pracownikow tych uczelni niz studentow jest, zwlaszcza,
ze zaczynamy ksztalcic oficerow takiej Ladowki na przyklad
w cyklu jednorocznym, tj. wojskowe studia podyplomowe dla
magistrow kierunkow cywilnych.



1000 absolwentów rocznie, to przy 5 latach studiów daje cirkla 5.000 słuchaczy.
Zakładając optymistycznie, że wszyscy kończą, bo nie wiem jaki jest obecnie
odsetek w tym zakresie. Warszawa ma swoje zalety i wady, jeśli chodzi o
organizacje takiej uczelni. Byłbym raczej za jakąś mniejszą miejscowością, gdzie
znajduje się jakiś tam możliwy do wykorzystania nieużywany obecnie garnizon, ale
na pewno położoną w centrum kraju. Zwłaszcza, jeśli myślimy o podyplomówkach.

Co do ilości pracowników uczelni, to nie wiem, czy komasacja będzie miała jakiś
znaczący wpływ na ich ilość. Na pewno zmniejszy ilość personelu pomocniczego.
Ale wykładowców tyle trzeba ile trzeba. Ilość wykładowców zależy od ilości grup
szkoleniowych razy ilość godzin na szkolenie przez ilość godzin pracy
wykładowcy. Przy komasacji szkół co najwyżej będziemy mieli problem z ich
przemieszczeniem i tyle.

Natomiast taka akademia z całą pewnością generuje poważniejsze problemy, niż
uczelnia techniczna. Musisz mieć przykładowo strzelnicę. I to strzelnicę do
długiej broni. Tego w centrum miasta nie wybudujesz. Jak wybudujesz daleko od
szkoły, to będzie problem z dojazdami. Jak będzie problem z dojazdami, to albo
będą rzadko a intensywnie strzelać (co się musi odbić negatywnie na poziomie
wyszkolenia) albo będą masę czasu na to tracić. Dla takiej super hiper akademii,
to trzeba naprawdę dużej strzelnicy. Nawet zakładając strzelanie raz na tydzień
(a pasowało by pewnie ze dwa przynajmniej w początkowym okresie) to masz 20.000
osób w miesiącu. Założywszy, że strzelamy osiem godzin dziennie razy 20 dni to
wychodzi Ci 160 godzin. Czyli średnio pół minuty na strzelca. Pluton szkolny
cirkla 30 słuchaczy strzela strzelanie mniej więcej dwie godziny na sześciu
osiach (z praktyki), czyli 15 na godzinę na sześciu stanowiskach, czyli na
jednym stanowisku tak około 2,5 strzelca na godzinę, czyli 0,4 godziny na
strzelca - 24 minuty. A zatem potrzebujemy obiektu o cirkla 50 osiach
strzeleckich. I to osiach dla broni długiej. To założymy próbka problemów
logistycznych stojących przed autorami pomysłu.

A tacy saperzy potrzebują jakiegoś sporego placu, coby sobie te swoje petardy
odpalali. Czołgiści potrzebują inny kawałek gruntu, by jeździć tymi maszynami.
Na to wszystko zwalasz jeszcze artylerzystów, którzy choć oczywiście nie
strzelają ostrą amunicją w samej akademii, to jednak kilka eksponatów mieć
muszą, by oficer artylerii po przyjściu do jednostki odróżnił haubicę od armaty,
czy moździerza.

Nie podejmuję się wymieniania potrzeb innych specjalności, ale pewnie każda z
nich kawałek łączki potrzebuje.

Moj znajomy dla przykladu skonczyl WAT w zakresie "eksploatacja
pojazdow kolowych" czy jakostam podobnie. Uwazasz ze jesli
WAT jest w stanie wyksztalcic podporucznika inzyniera specjaliste
od eksploatacji Skotow, BRDMow, Rosomakow i Starow, to
NIE BYLBY w stanie wyksztalcic takiego zwyczajnego dowodcy
plutonu tych Starow czy Rosomakow?



Jednego z całą pewnością tak. Nawet kilku. Ale przy tysiącu zaczynają się
prozaiczne problemy w rodzaju ilości toalet czy natrysków. Wojsko, to nie same
strzelania, biegi i ćwiczenia. To jest sposób na życie.

I to samo w zakresie pojazdow gasienicowych?

Za to w druga strone sobie nie wyobrazam, tj przenoszenia
infrastruktury glownej uczelni technicznej - tj WATu w inne
miejsce, np. do Wroclawia.



Wiesz, ale ja jakoś też. I teraz przyszło mi do głowy miejsce na dyslokację
takiej akademii. Modlin. Budynek zasadniczy twierdzy z zewnątrz wygląda na
pusty. Jest tam jakaś tablica mówiąca o mieszczących się tam archiwach, ale
myślę, że to nie zajmuje wiele powierzchni. W okolicy mamy sporo terenów, gdzie
można by było urządzić to i owo. Warszawa nie daleko, więc WAT-u i Biblioteki
można by było nawet nie ruszać na początku.


  Armia Zawodowa
Mówisz o poborowych i oficerach, czy o relacjach między żołnierzami zawodowymi, a oficerami zawodowymi?


Mówię, że powinien być wyrażny podział na korpus szeregowych i oficerów bez względu na to cz armia jest zawodowa czy nie.
Tylko jeśli mamy ograniczone fundusze, to jaki jest sens utrzymywania specjalnych kierunków studiów wojskowych


No, ale to jest właśnie kwestia priorytetów albo chcemy mieć silną armię i wtedy musimy znależć pieniądze, albo niech politycy nie rzucają haseł o armii zawodowej bo taka bez inwestycji istnieć nie może. Pewnie, że w niektórych specjalnościach nie opłaca się utrzymywać szkół wojskowych, ale pokaż mi szkołę cywilną, która wykształci np. dowódcę kompanii czołgów, albo saperów. Każda firma, która chce pozyskać pracownika próbuje go jakoś kupić. Albo jest to wcześniejsza emerytura, albo mieszkanie, pożyczka no i oczywiście pensja. Można wprowadzić jakąś amnestię za drobne przestępstwa czy tak jak piszesz pomóc w edukacji, albo po odbyciu służby przez jakiś czas zmniejszyć podatek czy zaoferować dodatek do emerytury. Wszystko zależy od inwencji. Z szeregowym można podpisać np. kontrakt na 5 lat wypłacając mu w tym czasie określony żołd, całość dając po skończeniu umowy. W razie podpadki kasy nie ma. Do tego dochodziłyby przecież nagrody, premie itp. Gwarantuje, że dyscyplina mocno by się polepszyła. Tysiące bezrobotnych dwudziestolatków bez perspektyw mogłoby iść na taki układ. Jest tylko problem, że wsród wielu z nich pokutuje jeszcze obraz wojska jako mało atrakcyjnego zawodu. Tym bardziej w stopniu szeregowca - w rodzaju szmata i wiadro. Nie zauważam, żeby armia wiele robiła by to zmienić. Ile w twoim mieście jest punktów rekrutacyjnych czy informacyjnych, gdzie zatrudniony jest ktoś od takiej agitacji ? Mam trzech kolegów, którzy służyli w Legii. Jeden uciekał bodajże przed alimentami dwóch chciało, że tak powiem zaznać przygody i służyć w eltarnej jednostce ( nawiasem mówiąc obaj póżniej żałowali ). Jaka to elitarna jednostka w Polsce zrobiła sobie taką reklamę żeby przyciągnąć młodych ludzi ?
To mi powiedz, czego nauczyli mojego studenta na tym "wakacyjnym obozie", gdzie miał być "dowódcą działa samobieżnego", a wraz z całą załogą strzelał raz jeden do celu i to na egzaminie kończącym szkolenie? Oczywiście do perfekcji opanowali z kolegami czyszczenie broni i działa


Piszesz o tym co jest, a ja jak powinno być. Ale tu znowu pojawia się problem finansów.
Jeśli chodzi o DWŚ to masz 100% racji. Natomiat na ile dziś o sile bojowej armii stanowi masa ludzka, a na ile sprzęt? Profesjonalizacja to nie tylko (ani nie przede wszystkim) zniesienie poboru i redukcja liczebności, ale (przynajmniej w idei) modernizacja sprzętu, wprowadzanie nowych typów uzbrojenia. I co? Wsadzisz faceta, który nie wie jak działa jego własny samochód, jako powiedzmy kierowcę HUMVEE? O skomplikowanych systemach nie wspomnę. Taka "rezerwowa masa ludzka" nadaje się tylko jako masa mięsa armatniego. A to może szkolić LOK, harcerstwo, kluby strzeleckie, grupy rekonstrukcji historycznej itp. Względnie można przywrócić z prawdziwego zdarzenia szkolenia PO w szkole średniej (ze strzelnicą i nauką obsługi broni na czele), tylko znów: kto za to by miał zapłacić?


Bez przesady kierowca nie musi wiedzieć jak się naprawia samochód ważne, żeby umiał nim jeżdzić. Kierowca czołgu od naprawy ma warsztat i nawet zwykły żołnierz nie musi naprawiać karabinu od tego jest rusznikarz. Nie wszystkie urządzenia w wojsku potrzebują do obsługi inżyniera. Pewnie, szczególnie informatyka i elektronika idą szybko do przodu, ale większość systemów uzbrojenia nie jest przecież wymieniana co 2 lata. Wyszkolony kierowca Rosomaka będzie nim jeżdził i za 10 lat. Oczywiście jeśli przyjmiemy, że rezerwy są nie potrzebne bo z pomocą przyjdą sojusznicy to nie ma tematu. Ale co jeśli w wypadku konfliktu nasza armia poniesie straty. Ani LOk ani harcerstwo nie wyszkolą operatora radionamiernika, ppk, kierowcy czołgu czy możdzierzysty bo nie mją takich możliwości. Armia zawodowa ma w swoim założeniu być dobra na tyle by zmniejszyć straty do minimum, ale niestety na wojnie i mięso armatnie się przydaje. No i na końcu jak mantra - kasa, kasa, kasa...

  Wojna obronna - mobilizacja państwa
@Zelint:
Mobilizacja niejawna większośc wojska została już wcześniej wykluczona właśnie z uwago na wspomniane przez Ciebie okoliczności.
Natomiast nie rezygnuję z częściowej mobilizacji (oczywiście w trybie "kartkowym", wzmocnionej powołaniami imiennymi - dodatkowymi) służb i specjalistów technicznych - remonty, przygotowanie uzbrojenia, saperzy - fortyfikacje, łaczność itp. (już to pisałem...)

Zapasy strategiczne
Pierwsza i najważniejsza sprawa - to określenie, jakie zakłądy mają z nich korzystać w czasie wojny?
Odpowiedź - prawie żadne
Główne fabryki zbrojeniowe mamy PO ZACHODNIEJ STRONIE WISŁY, ewentualnie w rejonie, do którego zbliżą się walki dość szybko (Warszawa, Radom, Starachowice, Dębica...) - z dala od linii frontu pozostanie jakiś czas Lublin czy Rzeszów, może Mielec... i to wszystko. Nasz plan zakłąda przecież stopniowy odwrót na Cytadelę - ile on moze potrwać - miesiąc? Obrona w Cytadeli - powiedzmy, że dwa do trzech. Jakie mamy zakłady przemysłowe na obszarze Cytadeli? "Nieliczne" to chyba dobra odpowiedź...
Czyli najważniejsze dla nas będzie wykorzystanie w jak największym stopniu zgromadzonych surowców JESZCZE PRZED WOJNĄ
Albo w sierpniu odpuszczamy sobie produkcję w ogóle i ewakuujemy co się da na obszar Cytadeli - tylko dokąd? Do Lwowa czy Stanisławowa? A skąd tam wziąć zasilanie w energię do produkcji? Węgiel - skąd? Huty? Hmmm... moze parę pieców martenowskich rozebrać, tylko dokąd je przewieźć, gdzie zmontować i skąd zasilać?

Ergo:
Zapasami strategicznymi na czas "W" nie ma się co za bardzo przejmować, bo i tak ine będziemy mieli gdzie ich wykorzystać. Możemy zrobić zapsay skóry, materiału, drewna, gwoździ, drutu, stalowych wytłoczek (produkcję granatów czy min można uruchomic nawet w fabryczkach na Kresach), zapasy paliwa dla samolotow, samochodów czy czolgow, możemy zrobić trochę dodatowych płyt pancernych (na wymianę) itp. - ale IMHO zapas surowców na 2 miesiące byłby całkowicie wystarczający.
Dlatego musimy trzymac jak najdłużej Warszawę - żeby móc ewakuowac chociaż trochę maszyn i urządzeń. I to będzie zadanie dla planistów wojskowych + inżynierów, zeby już od wiosny przygotowac plan cześciowej chociaż ewakuacji przemysłu do Cytadeli - np. jedna linia produkcyjna ze Starachowic, Radomia czy Ursusa. Lwów IMHO byłby niezły, tylko trzeba by sprawdzić, jak z zasilaniem w energię tamże. II RP to nie ZSRR, gdzie można było wywieźć fabrykę czołgow z Charkowa na Ural i uruchomić produkcję chwilami nawet pod gołym niebem - na Uralu były przynajmniej źródła energii (kopalnie, elektrownie itd. itp.) i siła robocza. No i mieli na to czas - zanim front do tych fabryk doszedł, to minęły czasami nawet i 2-3 miesiące. My możemy mieć ledwie dwa tygodnie.

Dlatego moja propozycja jest taka:
1. produkujemy ile się da aż do wybuchu wojny i jeszcze dłużej, dopóki będzie to fizycznie możliwe;
2. przygotowujemy wybrane elementy kluczowych zakłądów do ewakuacji, sporządzamy odpowiednie plany, wytypowujemy odpowiednich odpowiedzialnych za to ludzi
3. przygotowujemy lokalizacje dla ewakuowanych urządzeń - choćby nawert drewniane hale, ale muszą imeć doprowadzoną energię.
4. ewakuacja wybranych elementów - albo koniec sierpnia, albo zaraz po wybuchu wojny.

Jeżeli z analiz przeprowadzonych wstępnie wyniknie, że nie ma możliwości przeprowadzenia ewakuacji przemysłu, to trudno - w takim razie produkujemy aż do ostatniego momentu, po czym przygotowane uprzednio ekipy uszkadzają urządzenia w taki sposób, by dało się je naprawić, ale trwało to minimum 2-3 miesiące. Niech zrobią to za nas Niemcy - w razie naszej kontrofensywy dostaniemy z powrotem gotowe zakłady

Więc w sumie problem zapasów surowców na okres "W" mamy z głowy - jak zużyjemy 90% do września, to i tak nie ma problemu. Większośc uzbrojenia będziemy musieli dostać od sojuszników przez Rumunię, tak czy inaczej.

  [3.0] Inżynier
Arvelus napisał:
Każda modyfikacja posiada swoją cenę, aby się ona udała trzeba wykonać test inżynierii o ST=10+5 za każdą poprzednią modyfikację

Co ma wspólnego inżynieria z balistyką? Nie widzę takich wspólnych rzeczy; jeżeli już to bardziej pasuje inżynier balistyk/wojskowy.

Arvelus napisał:
Na każde 4 punkty premi z pancerza lub naturalnego pancerza inżynier otrzymuje karę -1 do trafienia i obrażeń.

Dosyć mało grywalne, dzielić na sesji te premie stworków.

Arvelus napisał:
rzucić te same zaklęcia których sie używa podczas tworzenia żelaznego golema.

A niby po co mu zabójcza chmura? I nie rozumiem jak kusza, może się przeładowywać, na mechanizmie poruszania się golema (który rusza się sam z siebie, jeżeli można tak to ująć) ?

Arvelus napisał:
Na trzecim poziomie umiejętności inzyniera należy uważać za niewidzialnego jeśli pozostaje w bezruchu przyciśnięty do czegoś.

Czy jest to analogiczne do czaru (chodzi mi o możliwość wykrycia prawdziwym widzeniem i dostrzeganiem niewidzialnego).

Arvelus napisał:
Pozwala odbijać nie tylko efekty wzrokowe(choćby spojrzenie meduzy).

A na co jeszcze pozwala? Bo dalej nie znalazłem odpowiedniego paragrafu?

Arvelus napisał:
Pirotechnicy, zwani często saperami, zajmują się właśnie tym czym jest pirotechnika... Ładunkami wybuchowymi.

Niezbyt pasuje mi połączenie, tych dwóch nazw. Pirotechnik zajmuje się głównie tworzeniem materiałów, a saper najczęściej rozbrajaniem ich.

Gdzie mam opisane ładunki wybuchowe? Bo jedyny proch w standardowym D&D to chyba gnomi, w ZK i to magiczny

Arvelus napisał:
k4x1,5m do szybkości.

Czy może to unieruchomić przeciwnika?

Nie tylko metale przewodzą. Wkraczasz w kwestie fizyki, która nie ma zastosowania w D&D.

Należy pamiętać, że metale(oraz niektóre inne materiały np. woda) przewodzą prąd.

Po pierwsze, nie obraź się, ale Twój przykład głupio brzmi. Wrogowie trzymają się stalowej bramy tylko po to, żeby ich inżynier walnął elektrycznym granatem?

Po drugie, to nie tylko metal przewodzi prąd. Co powiesz wtedy o mithrilu i adamantycie? Sprytna postać może rzucić taki granat do wody, na rozmiękłą powierzchnię po deszczu. Jaki będzie wtedy efekt? Taki, że zacznie się na sesji kłótnia o to, czy efekt wystąpił.

Całkowicie nie rozumiem Twojego podejścia. Dajesz niedokończoną pracę. Poza tym zestaw sobie dwa słowa.
Metapsycholog i inżynier. Hmmm, coś tu nie gra .

Szajba napisał:
Zawsze można dopisać, że "inżynier któregoś tam poziomu jest traktowany jak postać rzucająca czary wtajemniczeń 16 poziomu, na potrzeby tej zdolności", albo "Normalnie twórcą musi być postać znajdująca się na 16. poziomie, rzucająca czary wtajemniczeń.

Nie ma tego - dlatego to pisze.

Szajba napisał:
Jeśli chodzi o "chodzącą bombę", chyba za dużo uwagi jest poświęcane samej nazwie zdolności. Niech Arvelus zmieni na "ruchomą bombę" i kończmy ten wątek.

Właśnie w tym celu to napisałem.


niby czemu ma mieć go na 14. poziomie

O to, że można być łotrzykiem 5/inżynierem 10 i nie mieć nadal dostępu do golema, który jest dla konstruktora kluczowy ( a od 16. poziomu minimum). I bardzo drogi

Dziwnie to przebrzmiewa. Przedmioty mają tę karę, radzę dokładniej przejrzeć MP.

Co do marzeń inżyniera - nadal nie wiem ile kół. Silnik sprężynowy - to ciekawe. Bo nie potrafię sobie wyobrazić. Nie wiem, nakręcasz i jeździ?

Wiesz, nawet drewno ma trwałość, więc nie tylko na stłuczenia będą odporne ale i na obrażenia. I może wyjść taka sytuacja, że nawalanie w nią z całej siły z tłuka nic nie da, a porysujesz lekko rapierem i wybucha. O to mi chodzi.
Poza tym zaatakujesz bombę, a ta nie otrzyma obrażeń (trwałość zniweluje). Co się wtedy stanie? Nic? Może dojść do dosyć dziwnych sytuacji.

Arvelus napisał:
Nie, bo wtedy miałby na 10poz bazowy atak 12/7/2;]

Nie; wcale. Skoro ma 10. poziom, a ty liczysz poziomy wojownika tylko dla tej klasy, to jakim cudem wojownik na 10. ma bazowy atak 12/7/2? Będę wdzięczny za odpowiedź. I teraz widzisz czemu skomplikowane

I mam ważne pytanie: czemu nie poprawiłeś jeszcze tego tekstu?
Czekam na resztę, oraz odpowiedź na moją propozycję.


Bo nie miałem czasu nawet posta dokończyć:)
Już to zrobiłem

Propozycja? Nie wiem, będę musiał się zastanowić. Zawsze sam zajmowałem się moimi pracami.

Wywaliłem też wymaganie, że muszą być to żelazne golemy

  quiz ze wstępu do Staff Ride o Shiloh
Dla ułatwienia w nawiasach po pytaniu numer strony, na której można znaleźć odpowiedź. Starałem się, żeby poszukiwanie odpowiedzi na pytania dało podstawę do wyobrażenia sobie specyfiki tej wojny. Miłej zabawy.
1. Jaki był sposób organizacji (podziału) wojsk podczas wojny? Chodzi o organizację podległą bezpośrednio naczelnemu dowódcy. (1)
2. Jaka była w przybliżeniu liczebność Armii Regularnej przed wojną? (1)
3. Ilu oficerów regularnej armii zrezygnowało ze służby, żeby walczyć po stronie Konfederacji? (2)
4. Ile szacunkowo ludzi służyło podczas wojny po każdej ze stron (3)
5. Ile koni mogło należeć do 6 działowej baterii artylerii? (4)
6. Jaka była różnica w sposobie uzupełnień między Unią a Konfederacją? (5)
7. Jaki był tego skutek? (5)
8. Ilu generałów mianowanych przez obu prezydentów miało wyszkolenie wojskowe? (6)
9. Na kiedy ocenia się wejście wojny w "fazę profesjonalną" i dlaczego? (7)
10. Jakie były zadania szefa sztabu? (8 )
11. Na czym polegały różnice i podobieństwa nowej broni piechura (typu Springfield, Enfield) względem muszkietów starego typu ("napoleońskiego")? (10,11)
12. Jak były uzbrojone oddziały konfederackiej jazdy? (13,14)
13. Jaka była różnica praktyczna między działami gładkolufowymi a gwintowanymi? (14)
14. Jakie stosowano rodzaje pocisków do dział polowych? (15)
15. Doświadczenie jakiego szczebla zdobywali dowódcy walczący w wojnie z Meksykiem? (18 )
16. Jaką innowację taktyczną wprowadzał podręcznik majora Hardee w odpowiedzi na rosnące możliwości nowej broni? (20)
17. Jaki stosowano podręcznik taktyki dla artylerii na początku wojny? (20)
18. Jaki był skutek wymieszania się kolejnych linii nacierających wojsk? (21)
19. Jakie były mozliwe powody ciągłego stosowania taktyki ofensywnej? (21)
20. Dlaczego stosowanie luźniejszego szyku nie sprawdzało się w natarciu? (22)
21. Jakie było typowe ograniczenie możliwości dowodzenia dla większości dowódców tej wojny? (chodzi o szczebel organizacyjny, który umieli kontrolować; 23)
22. Jak rozwiązywano powyższy problem koordynując działania na wyższym szczeblu? (23)
23. Jakie były skutki zastosowania gwintowanych muszkietów? (24)
24. Jakie były główne problemy logistyczne konfederatów? (28 )
25. Jaki był typowy system logistyczny wojska? (29)
26. Jaki był podstawowy problem stosowanego systemu logistycznego? (30)
27. Jaka była różnica między organizacją służb inżynierskich Unii i Konfederacji? (32)
28. Jakie były główne zadania saperów? (32)
29. Jakie były szczególne problemy Konfederacji w dziedzinie prac saperskich? (33)
30. Jaki był sposób działania inżynierów topografii? (33)
31. Jakie były sposoby komunikowania w tej wojnie? (34)
32. Do czego służyły oddziały telegrafu polowego zorganizowane przez majora Myer'a? (35)
33. Jakie były wady systemu kurierów? (36)
34. W jakich miejscach należało organizować szpitale polowe? (39)
I dla najwytrwalszych:
35. Kto i kiedy zorganizował pierwszy szpital z prawdziwego zdarzenia w namiotach? (40)

  Polscy żołnierze pojadą w rejon ciężkich walk w Afganistanie
Polscy żołnierze pojadą w rejon ciężkich walk w Afganistanie
Marcin Górka, Gazeta Wyborcza Szczecin 24-06-2006, ostatnia aktualizacja 24-06-2006 19:12

Prawie pół roku wcześniej, niż zakładano wyjedzie na misję do Afganistanu polski kontyngent wojskowy. Nasi żołnierze nie będą stacjonowali na terenach w miarę spokojnej północy, ale w ogarniętym teraz konfliktami zbrojnymi południu kraju - dowiedziała się dziś "Gazeta Wyborcza".

Dlaczego wyjedziemy nie, jak planowano w połowie 2007 roku, ale już w lutym i marcu - dokładnie nie wiadomo. Prawdopodobnie wynika to stąd, że NATO na początku przyszłego roku obejmuje dowodzenie całą operacją stabilizacyjną od Amerykanów, którzy toczą teraz ciężkie walki na południu kraju. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy od jednego z oficerów w kwaterze NATO w Brukseli, jest to wyraz zaufania dla polskiego zaangażowania w Iraku.

- Wyznaczono nam odpowiedzialne zadania, nie będziemy już tak jak w Iraku działać w ramach określonych baz, ale będzie to misja mobilna, wyjadą więc nie tylko inżynierowie, saperzy ale i żołnierze do prowadzenia działań patrolowych - powiedział nam szef sejmowej komisji obrony narodowej Bogdan Zdrojewski (PO). - Termin jest efektem naszych ustaleń z dowództwem NATO.

Zdrojewski zapowiada, że wyjedzie 400 polskich żołnierzy. Z jakich jednostek - ostatecznie wiadomo będzie we wrześniu, ale do wyjazdu do Afganistanu szykują się już żołnierze 12 Dywizji Zmechanizowanej ze Szczecina (brali udział w pierwszej zmianie polskiego kontyngentu w Iraku, są także tam w kończącej się niebawem kolejnej zmianie polskich żołnierzy), oraz oficerowie stacjonującego w Szczecinie Wielonarodowego Korpusu Północny Wschód, którzy będą pracowali w sztabie dowodzenia NATO-wską operacją w Afganistanie.

Wyjeżdżamy na tereny zamieszkiwane przez ludy pasztuńskie na południu i w południowo-środkowej części kraju. - To będzie operacja zdecydowanie trudniejsza od Irackiej - zapowiada Zdrojewski. - Wymagająca dużej mobilności polskich oddziałów i znacznie droższa.

Co to znaczy? Na południu kraju Amerykanie prowadzą regularne operacje militarne, jeśli tam jedziemy, możliwe że nasi żołnierze będą toczyli także regularne walki. Poza tym inżynierowie i saperzy będą uczestniczyli w stabilizacyjnych operacjach w Afganistanie.

W jakim charakterze wyjadą nasi żołnierze - czy będą komponować tzw. Prowincjonalny zespół odbudowy, czy będą działać pod amerykańskim dowództwem w operacji "Enduring Freedom" - te decyzje zapadną we wrześniu po uzgodnieniu z dowództwem NATO.

W najbliższą środę na temat operacji w Afganistanie rozmawiać będą prezydenci Polski - Lech Kaczyński i Niemiec - Horst Köhler (Niemcy także wyślą swoje wojsko do Afganistanu) w siedzibie Wielonarodowego Korpusu Północny-Wschód w Szczecinie.


  Najsprytniejsze auto świata
Czy przejechanie przez miasto ze średnią prędkością 22 km/godz. zasługuje na dwa miliony dolarów nagrody? Tylko wówczas, gdy w roli kierowcy wystąpi komputer.

W listopadzie małe, ciche kalifornijskie miasteczko Victorville przeżyło nalot 11 zespołów rajdowych, które stanęły na starcie Urban Challenge, wyścigu po 2 mln dol. nagrody. Po prawdzie, nic w tych zawodach nie było zwyczajne. Miasteczko oficjalnie nie istnieje, bo należy do amerykańskiej armii, która używa go do ćwiczeń w walkach ulicznych. Zwycięstwo zaś miało przypaść temu autu, które najlepiej poradzi sobie w samodzielnej miejskiej jeździe. Bez kierowcy. Bez zdalnego sterowania. Bez żadnej ingerencji z zewnątrz.

Inteligentne maszyny przygotowali informatycy oraz inżynierowie z najznakomitszych uniwersyteckich i przemysłowych laboratoriów Stanów Zjednoczonych. Organizatorem rajdu był amerykański Departament Obrony reprezentowany przez DARPA (Defence Advanced Research Projects Agency), agencję zajmującą się badaniami naukowymi na użytek wojska.

Rozkaz: zmniejszyć straty

Pomysł konkursów Urban Challenge narodził się w 2003 r., kiedy w Pentagonie na serio zakiełkowała myśl, by do 2015 r. ograniczyć wystawianie żołnierzy na ostrzał wroga. Ich zadania na polu walki mają przejąć bezzałogowe maszyny potrafiące samodzielnie poradzić sobie z jazdą w najtrudniejszym terenie. DARPA postanowiła wtedy ogłosić pierwszy otwarty konkurs dla naukowców z akademickich ośrodków badawczych oraz współpracujących z nimi firm. Jego celem było stworzenie elektronicznego systemu sterowania, który poradzi sobie z poprowadzeniem pojazdu przez 230-km pas pustyni wyłącznie przy użyciu satelitarnego systemu lokalizacyjnego GPS. Nagroda: milion dolarów dla tych, którzy uporają się z tym problemem.

Niestety, żaden ze zgłoszonych do pierwszego wyścigu "Urban Challenge 2004" pojazdów nie dojechał do celu. Gubiły one drogę, rozbijały się na skałach, wpadały w doły.

Rok później było już dużo lepiej. Stanley - czyli volkswagen tuareg zmodyfikowany przez naukowców z uniwersytetu Stanford - zgarnął całą pulę, najszybciej pokonując trasę. Cztery inne pojazdy również dotarły do celu. Ośmielona tym sukcesem DARPA podbiła stawkę do 2 mln dol., dając jednocześnie naukowcom dwa lata na przygotowanie się do kolejnej edycji rajdu. Tym razem zadanie miało być dużo trudniejsze.

11 zakwalifikowanych do finału pojazdów miało przejechać przez Victorville zgodnie z obowiązującymi w stanie Kalifornia przepisami ruchu drogowego. Bez wchodzenia w kolizję z ruchem miejskim, który tworzyli jeżdżący po ulicach statyści.

Auta naszpikowane zostały laserowymi dalmierzami, elektronicznymi systemami sterowania drive-by-wire oraz kamerami. A wszystko sprzężone z zaprogramowanymi specjalnie na tę okazję komputerami i zadziwiająco dobrze ze sobą zgrane. Podczas całych zawodów doszło tylko do jednej stłuczki przy prędkości 16 km/godz. oraz jednego przypadku awarii oprogramowania.


Zwycięski chevrolet tahoe, tak naszpikowany elektroniką,
że pod maską musi mieć dodatkowy generator mocy 8 kW

55-kilometrowy odcinek najszybciej i najsprawniej pokonał Boss, czyli wdzięcznie nazwany tak przez swoich twórców z uniwersytetu Carnegie Mellon - chevrolet tahoe. Na czele zwycięskiego zespołu stał William Whittaker, konstruktor robotów dla saperów oraz pojazdów używanych do eksploracji Marsa. Boss o ponad 20 minut wyprzedził drugiego na mecie Juniora - VW passata z uniwersytetu Stanford. Zwycięzcy otrzymali 2 mln dolarów, a DARPA uczyniła kolejny krok na drodze do samobieżnych pojazdów wojskowych.

Przyszłość nadjeżdża już dziś

Startujący w Urban Challenge naukowcy liczą na to, że wymyślane przez nich systemy przyczynią się nie tylko do poprawy bezpieczeństwa na polach walki, ale też na zwykłych drogach w czasach pokoju, gdzie rocznie dochodzi do przerażającej liczby 750 tys. śmiertelnych wypadków.

Wraz z rozwojem techniki najbardziej zawodną częścią samochodu staje się kierowca, który - czy to się nam podoba, czy nie - będzie coraz bardziej ograniczany przez różnorodne systemy bezpieczeństwa. To one mają podejmować za nas decyzję w sytuacjach awaryjnych.

Już dziś luksusowe limuzyny wyposażane są np. w laserowe dalmierze, które na bieżąco monitorują odstęp od najbliższego auta, a kiedy komputer pokładowy uzna, że jest ona niewystarczająca, sam zmniejsza prędkość. Toyota zaś poinformowała o rozpoczęciu prac nad elektronicznym systemem wspomagającym kierowców seniorów, który ma mierzyć stopień koncentracji, tętno i puls kierowcy, a w razie wykrycia niebezpieczeństwa korygować błędy w prowadzeniu auta.

A tym, którzy będą chcieli zaryzykować i poczuć adrenalinę za kierownicą, wkrótce pozostaną tylko gokarty w wesołym miasteczku.

Gazeta Wyborcza

  Ciekawostka
Grzebiąc w materiałach na temat twierdzy w Dęblinie trafiłem na pamiętnik oficera, który w niej służył w czasie IWW. Pod rokiem 1914 znalazła się notatka, w której mamy fragmencik związany z lotnictwem. Załączam jako ciekawostkę, choćby ze względu na postać wynalazcy helikoptera:)

"Do Dęblina przyjechaliśmy z Infantiewem wieczorem. Wiedziałem, że to przestarzała twierdza z ceglanymi fortami. Tak więc ceglana cytadela w ogóle mnie nie zachwyciła. Przenocowaliśmy w oficerskiej resursie przekształconej na tymczasowy hotel.

O świcie obudziły nas strzały z karabinów. Nad cytadelą pojawił się samolot, padały przypadkowe strzały. Strzelali sanitariusze, siostry miłosierdzia a nawet kucharze. Rozległy się krzyki, że samolot został zestrzelony. Poznaliśmy inżyniera wojskowego, Głazenappa. Wziął nas do swojego samochodu i pojechaliśmy w stronę samolotu.

Przy samolocie stał pilot i biegle po rosyjsku w ordynarny sposób klął na strzelających. Był to Gołubew wysłany ze sztabu frontu do sztabu IV armii. Zakręciliśmy śmigło i Gołubew znów uniósł się i poleciał dalej.

Poszliśmy przedstawić się komendantowi. Na schodach spotkaliśmy starego, nabrzmiałego, krótkowzrocznego dowódcę dywizji, generała Sztakelmana.

- Czy jesteście saperami?

- Jesteśmy słuchaczami Akademii Inżynieryjnej.

- Jak dobrze. Młodzi inżynierowie są nam potrzebni. Ja sam jestem inżynierem wojskowym, ale jak widzicie wypadłem z szeregów.

Przedstawiono nas naczelnikowi inżynierów, generałowi Popowowi i jego pomocnikowi, pułkownikowi Szwarcowi.

Dęblin - 1914 rok

Pułkownik Szwarc był profesorem naszej akademii. Wiedzieliśmy, że brał udział w obronie Port-Artur i otrzymał za to Krzyż Św. Grzegorza. Uznawano go za utalentowanego fortyfikatora. Do słuchających odnosił się po koleżeńsku i wszyscy go lubili. (W książce „Port-Artur” Stepanow wspominał go jako dobrego sapera).

Generał powiedział:

- Przed czwartą przyjdźcie do mnie na obiad.

W mieszkaniu generała zastaliśmy Szwarca i jeszcze jednego inżyniera wojskowego, podpułkownika Bielajewa. Chwilę później wszedł Sztakelman i Szwarc nas przedstawił.

- Czy jesteście saperami? – znowu padło to samo pytanie.

On już zdążył o nas zapomnieć. My z Infantiewem tylko popatrzyliśmy na siebie…

Podano wino, zimne i gorące przekąski, dwie zupy do wyboru. Na drugie danie gęś i coś jeszcze do wyboru. Był też krem, owoce i wino deserowe.

Zakłopotani wymienialiśmy spojrzenia. Generał i Bielajew próbowali wina i zakąsek oraz opowiadali anegdoty. Szwarc prawie milczał. Szybko zjadł obiad i wyszedł do sąsiedniego pokoju. Najwidoczniej on już ocenił tych „wojaków”.

Za kilka minut znowu wrócił do jadalni. Razem z nim w mundurze bez dystynkcji, z szablą, rewolwerem, torbą polową, jakimiś gwizdkami i z latarką przyszedł inteligentnie wyglądający cywil z niedużą bródką.

- Tatarinow Włodzimierz Walerjanowicz – tak przedstawił go Szwarc.

Tatarinow uprzejmie porozmawiał z generałem i wyszedł.

- Czy to ten sam Tatarinow? – zapytałem Szwarca – który…

- Ten sam - nie dał mi skończyć Szwarc.

W swoim czasie dużo o nim pisali w gazetach. On wynalazł helikopter. Dzięki generałowi Kowańko, który przewodniczył wojskowym konstruktorom-lotnikom, Tatarinow otrzymał subsydia w wysokości 40 czy 60 tysięcy rubli. Wyposażył swoje laboratorium, w którym prowadził doświadczenia. Z doświadczeń nic nie wyszło i podpalił swoją pracownię. Wzięli go do kliniki psychiatrycznej. Tegoż właśnie wynalazcę Szwarc wypisał z kliniki i skierował do Dęblina. Na początku zlecono mu podłączenie prądu do zasieków z drutu, a potem przekazali mu reflektorowy pluton i przyczepę z polową elektrownią.

- Prowadzimy gospodarstwo na zasadach komercyjnych - powiedział Popow. Jeśli chcecie możecie się do nas przyłączyć.

Jeszcze raz zjadłem obiad z generałami. Dowiedziałem się, że obiad kosztuje prawie 5 rubli i pospiesznie odmówiłem."

Później jeszcze facet wspominał, że nalotów lotniczych nie obawiali się w ogóle bo bomby nigdy nie trafiały w cel, a zresztą były małe:D

S!

  Okolice ul Radiowej - co tam bylo?
Po pierwsze prawie caly ten mail to cytat z 4 numeru
"Spotkan z Zabytkami" z 2001 roku
po drugie przepraszam za polskie ogonki
Autor :Przemysław Boguszewski
Tresc:
W 1920 r. Ministerstwo Poczt i Telegrafów przystąpiło do tworzenia
ogólnopolskiej, państwowej sieci radiotelegraficznej. Zaplanowano
wzniesienie czterech radiostacji: w Grudziądzu, Krakowie, Poznaniu i
Warszawie. Trzy pierwsze obejmowały swym zasięgiem Europę, ostatnia -
nazywana Transatlantycką Centralą Radiotelegraficzną - miała zasięg
międzykontynentalny. Wielkość planowanej inwestycji zmusiła projektantów do
podzielenia Centrali na dwie odrębne stacje: nadawczą i odbiorczą. Ekipę,
która poszukiwała miejsca pod budowę Stacji Nadawczej zainteresowały
bagniste nieużytki poligonu artylerii i wojsk saperskich, rozciągające się
między wsiami Babice Stare, Gać, Klaudyn i Wawrzyszew (około 12 km na
północny zachód od centrum Warszawy). Lokalizacja ta okazała się bardzo
korzystna - podmokłe podłoże zmniejszało oporność promieniowania anten, co
zapewniało znaczną poprawę warunków nadawczych. Ponadto uregulowany był stan
prawny terenu należącego w całości do skarbu państwa. Grunty przyszłej
Stacji Nadawczej stanowiły pas o długości blisko 4 km i szerokości 0,5-1,2
km, biegnący z południowego zachodu na północny wschód oraz kilkaset
hektarów wokół fortu "Babice". Stację Odbiorczą ulokowano w Grodzisku
Mazowieckim, niedaleko od trasy Warszawskiej Kolejki Dojazdowej.
Prace przy Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej ruszyły wiosną
1922 r. Na plac budowy wkroczyła warszawska firma "Towarzystwo Przemysłu
Metalowego K. Rudzki i Ska", która rozpoczęła montaż dziesięciu stalowych
masztów antenowych. Każdy z nich - wsparty na solidnych, betonowych
fundamentach - miał 126,5 m wysokości. Obok nich ustawiono cewki antenowe na
izolatorach. Wzdłuż obszaru radiostacji wytyczono drogę, której strzegły

masztem stanęły murowane zabudowania techniczne. W budynku radionadawczym,
wyróżniającym się wystrojem elewacji, znajdowały się dwa nadajniki maszynowe
(o łącznej mocy 400 kW) i warsztat mechaniczny. Drugi obiekt - to tzw.
Elektrownia wyposażona w generator o mocy 500 kW, silnik dieslowski z
prądnicą oraz baterię akumulatorów. Oba budynki miały własne kotłownie,
zasilające instalację wodną i grzewczą.
Na masztach rozpięte zostały dwie niezależne anteny nadawcze, a pod ziemią
rozciągnięto miedziane uziemienie. Zarówno anteny, jak i urządzenia nadawcze
systemu Alexandersona sprowadzono ze Stanów Zjednoczonych, a ich montażem
zajął się producent - firma "Radio Corporation of America". Pozostałe prace
instalacyjne przeprowadziły przedsiębiorstwa polskie. Materiały budowlane
dowożone były kolejką wąskotorową, kursującą od bocznicy przy Forcie "Berna"
na Powązkach.
Na zapleczu Fortu "Babice" wzniesiono niewielkie osiedle dla pracowników:
dwa piętrowe budynki murowane oraz cztery drewniane baraki. Budynek na
północ od fortu przeznaczony był dla dyrektora, inżynierów, radiomechaników
oraz ich rodzin. W drugim - o znacznie uboższym standardzie - zamieszkał
niższy personel techniczny. W drewniakach znajdował się m.in. sklep,
świetlica i stajnia. Bez porównania skromniejsza była Stacja Odbiorcza w
Grodzisku Mazowieckim, której siedzibę stanowiła (prywatna do niedawna)
willa "Czerwony Dwór". Urządzenia radiostacji zasilane były - podobnie jak w
Babicach - silnikiem dieslowskim z prądnicą. Obok budynku wzniesiono trzy
drewniane maszty z anteną odbiorczą.
Centrala Transatlantycka została uruchomiona l października 1923 r. Łączne
koszty inwestycji prasa oszacowała na dwa miliony dolarów. Stacja Nadawcza -
wówczas największa w Europie - emitowała sygnały na falach bardzo długich
(od 17.200 do 21,00 m), co umożliwiało nawiązanie łączności m.in. ze Stanami
Zjednoczonymi i Japonią. W oficjalnym otwarciu, które miało miejsce 17
listopada 1923 r., uczestniczyli goście honorowi: Prezydent RP Stanisław
Wojciechowski oraz Minister Poczt i Telegrafów Jan Moszczyński. Ówczesne
władze traktowały ten obiekt priorytetowo. Jak pisał Tadeusz Malarski w
księdze pamiątkowej pt.
"Dziesięciolecie Polski Odrodzonej 1918-1928: Centrala owa [to] wspaniałe
dzieło techniki amerykańskiej, pokaźny czyn Ministerstwa Poczt i Telegrafów
na polu radiotechniki".
Personel techniczny Stacji Nadawczej stanowiły dwie (później trzy) zmiany
obsługujące radiostację, obsługa elektrowni i kotłowni, brygada antenowa
oraz majster warsztatowy i elektromonter (razem 18-20 osób).Analogiczny,
mniejszy zespół zatrudniony był w Stacji Odbiorczej. Pracę Centrali
nadzorował Urząd Radiotelegraficzny Transatlantycki, który pod koniec 1933
r. wszedł wraz z warszawskim Biurem Operacyjnym w skład nowo utworzonego
Urzędu Telekomunikacyjnego. Od 1935 r. znów działał samodzielnie jako Urząd
Radiotelegraficzny Babice (od 1936 r. U.R. Boernerowo). W jego skład
wchodził Sekretariat oraz Oddziały: Techniczny, Administracji Nieruchomości
i Wartowniczy (w sumie 40 osób). W latach 1923-1930 Urzędem kierował inż.
Piotr Modrak, a później inż. Edward Liberadzki (na stałe od września 1932 r.
do wybuchu wojny). Pracownikom stacji Nadawczej zapewniono opiekę socjalną i
kulturalną: funkcjonowała prywatna szkoła początkowa, czytelnia pracownicza
oraz klub tenisowy. Odbywały się imprezy, organizowane przez miejscowe koło
Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Komunikację z odległym centrum
Warszawy zapewniła linia autobusowa, uruchomiona w 1927 r.
W 1926 r. zasilanie obiektu w Babicach przejęła podstacja energetyczna
Elektrowni Okręgowej w Pruszkowie. Od tej chwili własne źródło prądu
włączane było tylko w sytuacjach awaryjnych. W 1932 r. rozpoczęto
instalowanie kolejnych nadajników -już lampowych - wyprodukowanych przez
Państwowe Zakłady Tele- i Radiotechniczne. Od połowy 1938 r. dwa z nich
znajdowały się w koszarach Fortu "Babice", na którego terenie stanęły
również nowe maszty antenowe. Stąd transmitowano audycje Polskiego Radia,
których odbiorcą była Polonia.
W 1932 r., z inicjatywy Ministra Poczt i Telegrafów Ignacego Boernera, na
wschodniej części gruntów Stacji Nadawczej ruszyła budowa zespołu
resortowych domów mieszkalnych. Szybko rozwijająca się kolonia nazwana
została Osiedlem Łączności - Babice, w 1936 r. przemianowanym na Boernerowo.
Już od października 1934 r. do osiedla można było dojechać tramwajem, który
zastąpił komunikację autobusową Urzędu Radiotelegraficznego. Wiosną 1939 r.
w sąsiedztwie Boernerowa powstało też kilka bloków dla kadry 1.
Zmotoryzowanego Pułku Przeciwlotniczego, stacjonującego w pobliskich
koszarach.
Wybuch wojny nie przerwał działania radiostacji; nadawanie stało się
niemożliwe dopiero 8 września 1939
r. Osiem dni później okolice Fortu "Babice" obsadził 3. Batalion 26. Pułku
Piechoty, uzbrojony w trzy działka przeciwpancerne, oraz 5. bateria 54.
Pułku Artylerii. Dowódcą tego pododcinka obrony Warszawy został mjr Jacek
Decowski. 27 września w godzinach porannych w Boernerowo uderzyły oddziały
niemieckiej 19. Dywizji Piechoty. Mimo dramatycznej obrony polski ośrodek
oporu został całkowicie rozbity. W okresie okupacji Centrala stała się
pilnie strzeżonym obiektem wojskowym. Chociaż urządzenia były już
technicznie przestarzałe, ich parametry umożliwiały Niemcom utrzymywanie
łączności z łodziami podwodnymi na Atlantyku. Obsługa wraz z rodzinami
została wysiedlona, a jej miejsce zajął personel niemiecki. Na jesieni 1944
r. teren Stacji Nadawczej włączony został do zewnętrznego pierścienia
umocnień niemieckiej Twierdzy Warszawa. Na jednym z masztów zamontowano
opancerzone stanowisko, z którego dyżurni obserwatorzy przekazywali meldunki
o ruchach wojsk polskich na prawym brzegu Wisły.
16 stycznia 1945 r. seria potężnych eksplozji przewróciła wszystkie maszty
Stacji Nadawczej oraz zniszczyła zabudowania techniczne. Inny oddział
niemieckich saperów wysadził maszty Stacji Odbiorczej. Po zakończeniu
działań wojennych babickie maszty pocięto i wraz z uszkodzonymi generatorami
wywieziono Stan techniczny urządzeń w Grodzisku pozwolił na uruchomienie
tutaj Stacji Nadawczo-Odbiorczej, która funkcjonowała do 1956 r.
Obecnie na terenie Parku Leśnego "Bemowo" można odnaleźć fundamenty
zabudowań, masztów i cewek, wartownie oraz używaną do dziś drogę między
masztami. Ocalały też bloki mieszkalne dla personelu, o ostatnich latach
dość niefortunnie przebudowane. W Grodzisku zachował się jedynie budynek
portierni oraz zadrzewienie wzdłuż granicy parceli. Szczególnym śladem jest
lokalne nazewnictwo: po wojnie Fort "Babice" przemianowano na "Radiowo", a
drogę zarówno w jego sąsiedztwie, jak i w pobliżu nieistniejącej już willi
"Czerwony Dwór" w Grodzisku, nazwano ulicą Radiową.

Przemysław Boguszewski

W artykule wykorzystałem informacje zawarte w Kronice ważniejszych wypadków

Liberadzkiego, a udostępnionej mi przez pana Edwarda Liberadzkiego - syna.


  jak powstawała Festung Brieg
Hans Schulz, Oblężenie Brzegu w roku 1807

z Czasopisma Towarzystwa Historii i Starożytności Śląska (Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Altertum Schlesiens), Rocznik 1900

Jesień roku 1806 przyniosła pruskiej armii druzgocące klęski. Na ziemiach pruskich, które już dawno nie zaznały nieprzyjaciela, stał oto Napoleon, a chwała pruskiego oręża epoki fryderycjańskiej odeszła w przeszłość. Zwycięzca podążył za upokorzonym królem (pruskim) aż na daleki, północnowschodni kraniec państwa (Fryderyk Wilhelm III schronił się w Kłajpedzie), powierzywszy zajęcie południowozachodniej połaci państwa swemu bratu Hieronimowi oraz armii złożonej głównie z wojsk bawarskich i wirtemberskich. Śląsk był źle przygotowany do stawienia czoła nieprzyjacielowi. Niedostateczna współpraca między władzami cywilnymi i wojskowymi, niedbałość i nieudolność sprzyjały przeciwnikowi. 21. listopada generał major książę von Anhalt-Pleß został mianowany gubernatorem Śląska, a następnego dnia komendanci śląskich twierdz (Brzegu, Głogowa, Kłodzka, Koźla, Nysy, Srebrnej Góry, Świdnicy i Wrocławia) otrzymali rozkaz uporczywej obrony powierzonych im placów, za co ręczyć mieli głową. Minmo to już 3. grudnia padł Głogów, a 7. nieprzyjaciel zamknął pierścień oblężenia wokół Wrocławia, którego gubernatorem był generał major von Thile. W celu uderzenia na prawe skrzydło księcia von Pleß, gdyby ten usiłował przyjść z odsieczą Wrocławiowi, do Oławy odkomenderowano generała Montbruna wraz z trzema pułkami wirtemberskiej kawalerii, wzmocnionymi wkrótce 2. pułkiem piechoty Kronprinz Następca Tronu pod dowództwem podpułkownika von Dallwigka. Niebawem dołączył generał hrabia Minucci z 2. batalionem 3. bawarskiego pułku piechoty. Cztery wirtemberskie kompanie zajęły Ścinawę Polską, wioskę położoną między Oławą a twierdzą Brzeg, ku której wysunięto piechotę z bawarskiego pułku piechoty Kronprinz i wirtemberskich jegrów jako forpoczty. Wirtemberska kawaleria rozlokowana była w Oławie i Godzikowicach, pozostałe jednostki, w tym wirtemberska sześciofuntowa bateria artylerii konnej (wyposażona w sześciofuntowe działa), biwakowały między Ścinawą Polską a Oławą. Zgodnie z planem księcia von Pleß z Brzegu miał wyruszyć w stronę Oławy oddział piechoty złożony ze 100 jegrów i strzelców z Brzegu i Koźla, 40 cieśli, do tego 100 koni i 4 3-funtowe działa z zadaniem zerwania tam mostu odrzańskiego i obsadzenia mostu na Oławie. 29. grudnia o czwartej nad ranem odrzucono (wirtemberskie) forpoczty i zajęto Ścinawę Polską, jednak wobec niespodziewanej przewagi nieprzyjaciela Prusacy musieli się wycofać do Brzegu, ponosząc dotkliwe straty. Ponieważ gubernator Wrocławia nie spełnił swojej powinności, podjęta przez księcia von Pleß próba odsieczy zakończyła się niepowodzeniem. 5. stycznia śląskie miasto stołeczne i rezydencjonalne (oficjane określenie Wrocławia) skapitulowało, a 7. Hieronim , który przybył pośpiesznie w tym celu z Polski, wkroczył do zdobytego miasta na czele swych wojsk oblężniczych. Jeszcze tego samego dnia bawarska dywizja generała lejtnanta Deroy`a otrzymała rozkaz blokady Brzegu.

Brzeska twierdza, okryta chwałą w wojnie trzydziestoletniej, kiedy to z powodzeniem stawiła czoła Szwedom Torstensohna, zdobyta przez Fryderyka Wielkiego w 1741 roku, już od 66 lat zaznawała pokoju. Zaniedbane dzieła fortyfikacyjne były na tyle popsute, że książę von Pleß jeszcze w trakcie oblężenia Wrocławia rozważał możliwość ewakuacji Brzegu, rozkazwszy już przeniesienie zapasów do Koźla.

Miasta strzegło 9 bastionów: bastion Prusy (dawniej zamkowy), na którego pozostałościach powstały promenady Parku Nadodrzańskiego, bastion Brandenburgia (wielki), naprzeciw (..) szkoły rolniczej (czyli późniejszej piątki), bastion Pomorze (małujowicki), na posiadłości przemysłowca von Löbbecke (czyli w miejscu ruin pałacyku przy ul. Chrobrego), bastion Marchia (Rady Miejskiej), w miejscu aresztu śledczego (dzisiejsze więzienie), bastion magdeburski (wysoki), naprzeciw restauracji Bergel (czyli nieco dziś zaniedbanago placu za murem w kwadracie ulic Spacerowej i Głowackiego; sam bastion znajdował się na terenie zajmowanym dziś przez szkołę podstawową nr 1), bastion Halberstadt (starobrzeski), między bramami Nysańską i Opolską (wyloty dzisiejszych ulic Długiej i Dzierżonia), bastion Wilhelm, dawniej nawiedzony „Strzeż się” (miało tam ponoć straszyć) na terenie rejonowego zakładu dla umysłowo chorych (czyli warsztatów ZSZ Nr 1), bastion Hautcharmois (Odrzański) - na wschód (w miejscu dzisiejszego mostu) i bastion Fryderyk – na zachód od mostu. Przyczółek mostowy na prawym brzegu Odry chronił Szaniec Celny w kształcie litery M (czyli tzw. dzieło rogowe – 2 półbastiony połączone kurtyną), a przed nią – na drodze do Pisarzowic – wysunięta reduta (pisarzowicka). Umocniona była również wyspa Młyńska (znajdował się tam szaniec). W najgorszym stanie znajdował się bastion Pomorze: część przedpiersia osunęła się do fosy, zawężając ją do szerokości 5 stóp.

Rozmieszczenie poszczególnych dzieł fortyfikacyjnych twierdzy oraz baterii oblężniczych można prześledzić na poniższym planie oblężenia Brzegu w roku 1807 (pochodzącym z pracy Eduarda von Höpfnera „Wojna roku 1806 i 1807”, Berlin 1850-51).



Przykładowy profil fortyfikacyjny z opisem poszczególnych elementów.


Poniższa projekcja planu oblężenia na dzisiejszy plan miasta pozwoli m.in. rozeznać położenie baterii oblężniczych. Warto zwrócić również uwagę na fakt, że niektóre charakterystyczne ulice i place Brzegu poza obrębem fortyfikacje (n.p. rondo) istniały praktycznie już przed 200 laty.



Ludność cywilna, żyjąca w obrębie tych fortyfikacji liczyła ponad 7000 dusz, wliczając w to mieszkańców przedmieść oraz podlegających jurysdykcji kolegiackiej i kasztelańskiej. W skład załogi wchodził 3. batalion pułku piechoty Malschitzky - 780 ludzi, batalion uwolnionych (z niewoli – w pierwotnym znaczeniu wykupionych lub wymienionych jeńców, w szerszym znaczeniu zbieranina różnej maści „niedobitków”), liczący 227 ludzi, 193 kantonistów (powołani do służby wojskowej z kantonów, czyli rejonów uzupełnień pułków), 62 jegrów z zaciągu, 53 artylerzystów i 158 inwalidów – w sumie 1473 ludzi, łącznie z oficerami. Komendantem twierdzy był 73-letni generał major (Peter) von Cornerut, któremu książę Pleß tuż przed oblężeniem przydzielił majora Bourdeta jako inżyniera placu i wicekomendanta. Na wałach znajdowało się 22 dział 12-funtowych, 4 haubice i 8 moździerzy.

Oblężenie pobliskiego Wrocławia wymogło podjęcie kroków w celu podwyższenia stanu obronności dzieł fortyfikacyjnych. Już 10. grudnia zerwano zewnętrzny most przed Bramą Odrzańską (tzn. most na fosie wokół szańca celnego), a mieszkańcom przedmieść obwieszczono, by zabezpieczyli swe mienie. Większość z nich nie zastosowała się jednak do tego polecenia. 1. stycznia nieprzyjaciel pojawił się w Dobrzyniu Wielkim, a 2. także w Karłowicach. Były to oddziały brygady generała majora hrabiego Mezanellego, które nadciągały z okolic Kalisza, a wykorzystując Opole jako punkt wyjściowy, wysyłały patrole w stronę Brzegu, Koźla i Nysy. Następnie Mezanelli przemaszerował z całą brygadą przez Lewin, Grodków i Pępice do Oławy. 7. stycznia bawarski oficer przeprowadził rozpoznanie twierdzy od strony Pisarzowic, następnego dnia nadciągnął generał major von Raglowich wraz z trzema bawarskimi oddziałami 4. pułkiem piechoty Salern, sześciofuntową baterią pieszą Göschl i lekkim batalionem Braun. Wkrótce nadciągnął również Mezanelli i o godzinie drugiej oddano z twierdzy pierwsze strzały do zbliżającego się nieprzyjaciela, na które ten odpowiedział kilkoma granatami wystrzelonymi z haubic. Twierdza została zablokowana i wezwana przez Mezanellego do kapitulacji na razie bezskutecznie. Nieprzyjaciel zajął Żłobiznę, Pawłów i Kościerzyce. W nocy ostrzał artyleryjski z twierdzy, skierowany na rozpalone przez straże ogniska, zmusił nieprzyjacielskie forpoczty do cofnięcia się o kilkaset kroków. W końcu 9. stycznia na prawym brzegu Odry nadciągnął z Wrocławia generał lejtnant von Deroy wraz z pułkiem piechoty i równie bezskutecznie ponowił wezwanie do kapitulacji.

Wieczorem bateria Göschla ustawiła się za wałem (przeciwpowodziowym) na prawym brzegu Odry i ostrzelała przyczółek (szaniec celny) pełnymi kulami, a miasto granatami, z których 67 wyrządziło szkody w różnych budynkach, a zwłaszcza w ratuszu. Od strony miasta podpalono przedmieście nysańskie oraz ściśle z nim graniczącą wieś Rataje (tak napisał autor, w rzeczywistości z Ratajami graniczyło przedmieście wrocławskie). W mieście panowała zupełna cisza, pożary rozświetlały kościół św. Mikołaja i wieżę ratuszową tak jasno, że wyraźnie widoczne były cyfry na tarczy zegara. Nie wybijały jednak godziny i nie dzwoniły dzwony. Następnego dnia, w niedzielę 11. stycznia nie odprawiono nabożeństw. Nieprzyjaciel otrzymał posiłki i w nocy przystąpił do budowy baterii w dolince zielęcickiej, graniczącej od północy z Ratajami (na terenie dzisiejszej zachodniej dzielnicy miasta). Z miasta widoczne były liczne słomiane szałasy przed Zielęcicami i Żłobizną; z wielką obawą oczekiwano nocnego szturmu. 12. stycznia nadciągnął jeszcze jeden bawarski pułk, przez co Brzeg był zupełnie zablokowany. Z uwagi na stan, w jakim znajdowała się twierdza, nieprzyjaciel nie uważał za stosowne rozpoczynanie regularnego oblężenia (czyli tzw. kreciej roboty, polegającej m.in. na kopaniu rowów zbliżeniowych, zwanych z francuska „sappe”; ich kopacze zaś - „sappeur”, to właśnie stąd wywodzi się termin „saper”), ograniczając sie jedynie do budowy siedmiu baterii na lewym i jednej na prawym brzegu Odry. Z powodu ostrego mrozu, porywistego wiatru i zamieci śnieżnej prace te ukończono dopiero 14. stycznia. Aż do tego dnia nie strzelano zbyt wiele, lecz wieczorem w akompaniamencie gwałtownej strzelaniny przed Bramą Wrocławską na wspomniane baterie wtoczono działa. O trzeciej w nocy rozpoczęło się bombardowanie, trwające nieprzerwanie 12 godzin – aż do trzeciej po południu 15. stycznia. Na miasto spadło 1500 pocisków i tylko nieliczne budynki nie doznały żadnych szkód. Wszyscy mieszkańcy gorąco pragnęli zakończenia oblężenia. O trzeciej pojawił się wysłany przez Hieronima jako parlamentariusz z kwatery głównej we Wrocławiu generał Lefebvre- Desnoëttes, który został wpuszczony do twierdzy, lecz jego wezwanie do kapitulacji spotkało się z odmową. Jednak z powodu zamarznięcia fosy, wskutek panującego mrozu, twierdzy groził (bezpośredni) szturm. Komendant wycofał więc załogę z przyczółka (Szańca Celnego) do drogi ukrytej na lewym brzegu Odry. Nieprzyjaciel natychmiast obsadził opuszczone dzieło i rozpoczął ostrzał wału głównego. W tej sytuacji Cornerut zdecydował się na kapitulację, którą podpisano 16. stycznia. Jeszcze tego samego dnia Bawarczycy obsadzili Bramę Wrocławską i Nysańską. 17. stycznia o dwunastej w południe pruska załoga opuściła twierdzę przez Bramę Wrocławską, złożyła broń przed Hieronimem, przybyłym specjalnie z tej okazji i powędrowała (do niewoli) nad Ren. Pruska armia doznała kolejnej hańbiącej porażki, a ręce Bawarczyków dostały się bogate zasoby broni, amunicji i żywności.

Bardzo ciekawy opis zaszłości w brzeskiej twierdzy zamieszczony jest we wspomnieniach, które bezpośredni uczestnik wydarzeń – ówczesny podporucznik śląskiej artylerii fortecznej Johann Carl Theodor Doerks - spisał dla swych dzieci w roku 1830. Doerks został 19. grudnia 1806 odkomenderowany z Nysy do Brzegu z zadaniem sformowania półbaterii. Oto jego relacja.

Przybywszy do Brzegu odnalazłem porucznika von Wallbauma, który z rozkazu księcia von Pleß formował batalion z żołnierzy, którzy dostawszy się do niewoli pod Jeną, sami zdołali się z niej uwolnić. Do wyszykowania owego batalionu użyto zapasów pułku von Malschitzky, który to wcześniej wymaszerował w pole. Mnie przypadły dwa 3-funtowe pułkowe działa polowe 3. batalionu von Malschitzky. Dobrawszy dalsze 2 3-funtowe działa forteczne przysposabiałem je do użycia w polu (zapewne chodziło o lafetowanie), z czym uporałem się w ciągu kilku dni.

Zaraz potem, w związku z powziętym zamiarem odsieczy Wrocławia, otrzymałem rozkaz dołączenia ze swą półbaterią do korpusu, w skład którego wchodziły wspomniany wyżej, nowo sformowany batalion, oddział 100 prywatnych (cywilnych) jegrów oraz szwadron huzarów. Całością dowodził major von Kossecky z pułku von Pelchrczim. Przydzielono mi 4 podoficerów, 30 kanonierów z brzeskiego oddziału artylerii oraz konie i pachołków z rozwiązanego „latającego” konnego depotu (zaplecze, magazyn) porucznika Stünznera z Głubczyc. Plan odsieczy Wrocławia był źle przygotowany i nie pozostał niestety utrzymany w należytej tajemnicy.Ponadto książę von Pleß zdawał się nie być wcale obeznany z rozmieszczeniem sił nieprzyjaciela. Na przykład mały korpus (oddział) piechoty wraz z kawalerią i artylerią, odkomenderowany ze Świdnicy do działań pod Wrocławiem, został już w drodze zaatakowany przez Wirtemberczyków, oficer artylerii – porucznik Esklony został zabity,zaś sam korpus, poniósłszy znaczne straty, odparty. Korpus, w którym ja się znajdowałem, wyruszywszy z Brzegu, miał za zadanie wyprzeć z Oławy nieprzyjaciela, którego siły szacowano na kilkuset ludzi, oraz gruntownie zniszczyć most odrzański – w tym celu zabrano 30 mieszczańskich (cywilnych) cieśli, którzy w wyniku zakończonego niepowodzeniem ataku zostali z powodu nieporozumienia paskudnie porąbani przez nieprzyjaciela (kawalerię) - poczym dołączyć do głównego korpusu księcia, maszerującego z Nysy w stronę Borka Strzelińskiego, gdzie nieprzyjaciel rzekomo miał zająć pozycje. Niestety główny korpus nieprzyjaciela nie stał w okolicach Borka, lecz pod Oławą, oczekując już nadejścia księcia. My jednak – t.j. nieliczny korpus z Brzegu – natarliśmy na nieprzyjaciela, wypierając co prawda ciemnym rankiem jego korpus obserwacyjny spod Oławy – w pobliżu wsi Ścinawa Polska, zdobyliśmy obóz wraz z armatami oraz wzięliśmy jeńców, niemniej wraz z nastaniem dnia musieliśmy stwierdzić,że właściwie wpadliśmy prosto w ramiona nieprzyjaciela, który teraz na dobre zauważył naszą garstkę, jako że za nami – niczym biała chmura – nadciągały pułki nieprzyjacielskiej kawalerii, celem odcięcia nam odwrotu. Zamiar ten powiódł się, gdyż lękliwy brzeski komendant genarał major von Cornerut nie pozwolił, by przybyły z Koźla odwodowy 3. batalion muszkieterów (określenie zwykłej piechoty, w odróżnieniu od elitarnych grenadierów, czy fizylierów) pułku von Pelchrczim ruszył nam w sukurs, z obawy, by nie utracić i tego oddziału, stojącego już w gotowości na brzeskim rynku, gdzie słychać było kanonadę.

Ja ze swej strony czyniłem w tym przedsięwzięciu swą powinność, choć nie było mi obojętnym, gdy już przy pierwszej komendzie ognia padł kanonier odpalający armatę, trafiony kulą karabinową w głowę i gdy - nacierając - dostaliśmy się pod grad kul, nadlatujących głównie od strony barykady, ustawionej przez nieprzyjaciela na drodze, przy czym ranionych zostało kilku moich artylerzystów. Tak już bowiem jest, że każdego żołnierza, stojącego pierwszy raz w nieprzyjacielskim ogniu, ogarnia swoisty zapał. Szarżowałem więc zawzięcie, mimo że mój wierzchowiec – dano mi ich dwa wraz z pachołkiem - spłoszony błyskiem armatnich wystrzałów, nacieraliśmy bowiem o brzasku – zrzucił mnie, jako że jeźdźcem byłem niewprawnym i pogalopował w dal. Komenderowałem więc dalej pieszo, aż całkowicie wyparliśmy nieprzyjaciela, biorąc jeńców i dwie armaty. Z tym większym przeto frasunkiem przyszło mi zaraz potem oglądać, jak otaczała nas nieprzyjacielska kawaleria, tym bardziej, że nie zdołałem zrejterować do tak zwanego ukrytego zagajnika (prawdopodobnie nazwa lokalna), a z Brzegu, do którego to miejsca się cofałem, nieprzerwanie przy tym strzelając, nie pośpieszono nam w sukurs. Tak więc musiałem się poddać swemu losowi, zwłaszcza że mające mnie osłaniać oddziały w większości uciekły; lekko ranny major wraz z adjutantem i kilkoma oficerami zrejterowali i jedynie kapitan von Prittwitz i porucznik von Wittig wraz z 50 ludźmi dołączyli do baterii, niezdolni już do stawiania dalszego oporu. Powierzając swój los w ręce boskie wydałem rozpaczliwy rozkaz zagwożdżenia armat (chodziło o wbicie gwoździ w zapał, przez co armata stawała się praktycznie bezużyteczna, gdyż nie można jej było odpalić). Wyrwawszy gwoździe z rąk kilku nieskorych do tego kanonierów własnoręcznie zagwożdżałem już drugie działo, gdy dopadła nas nieprzyjacielska kawaleria. Otrzymałem potężne cięcie przez głowę, które powaliło mnie z nóg. Kilku nieprzyjacielskich kawalerzystów zsiadło wtedy z koni i poderwało mnie z ziemi i wśród najgorszych wyzwisk ze strony nieprzyjaciół, będących przecie również Niemcami – a to Wirtemberczykami, rozpoczęła się grabież: wzięto mi szpadę, zerwano szarfę, odebrano sakiewkę, a nawet chustkę do nosa i rękawiczki. Nieprzyjacielski oficer rozkazał mi odprzodkować armaty i zwrócić w przeciwną stronę. Również kapitan von Prittwitz i porucznik von Wittig zostali ograbieni, ostatniemu odebrano nawet kapelusz – chyba z powodu galonów. Tak oto w triumfalnym pochodzie odwiedziono nas do Oławy, lecz po drodze nieprzyjacielscy żołnierze, których uprzednio wyrzuciliśmy z obozowiska, do którego tymczasem powrócili, potraktowali nas kolbami. W Oławie doprowadzono nas na zamek, gdzie naczelnik urzędu Eisfeld dzierżawił domenę. Przydzielono nam tam pokój i postawiono pod strażą. Naszych ludzi, wśród których dostrzegłem niestety wielu z moich artylerzystów i jegrów, którzy to nie byli nawet żołnierzami, straszliwie porąbanych szablami w głowy i plecy, umieszczono po części w szpitalu lub wyprawiono do Wrocławia. Około dziesiątej zostaliśmy przedstawieni przybyłemu tymczasem generałowi Montbrun, któremu przy tej okazji właśnie zzuwano buty. Jego zadane po francusku pogardliwe pytanie „czy to są oficerowie?” do dzisiaj dźwięczy mi w uszach. Niedługo potem proszono nas na śniadanie i z galanterią posadzono przy rzeczonym generale. Moi współtowarzysze niewoli mówili, jak się okazało, dobrze po francusku i pan generał żywo z nimi konwersował. Nie rozumiejąc niestety rozmowy zorientowałem się jednak, że i o mnie była mowa. Porucznik von Wittig przetłumaczył mi, że generał wyrażał się z uznaniem o mojej postawie, jako że poprzez celny i dobrze prowadzony, skuteczny ogień utwierdzilem go w wierze, że nadciąga cały korpus księcia von Pleß oraz że podczas odwrotu uczyniłem wszystko, co dobry artylerzysta uczynić powinien. W odpowiedzi skinąłem tylko głową, duch mój był bowien przygnębiony i nie miałem apetytu na śniadanie. Moja kariera zdawała się być zakończona, a pójście w niewolę do Francji moim przeznaczeniem. Po śniadaniu pozwolono nam się oddalić, a około piątej przywołano nas do obiadu. Tym razem wyraźnie starano wywiedzieć się od moich towarzyszy celu naszej wyprawy. Obaj zapewnili mnie jednak, że na ponowione zapytanie generała, jaki zamiar przyświecał przedsięwzięciu księcia von Pleß, odpowiedzieli, iż nie jest to im wiadomym. Również sekretarz generała, zapisujący nasze nazwiska i stan, nie dawał nam tego wieczoru spokoju i - stawiając w naszej izbie wazę punczu - nieprzerwanie rozmawiał z moimi współtowarzyszami. Dołączył do nas i wirtemberski oficer, wcześniej bywszy na pruskiej służbie i nie mówił tedy o naszej armii najlepiej. Zniechęcony ległem na łożu, a później i moi kamraci. Koło pierwszej obudziło nas potężne trąbienie i warkot werbli. Ponieważ nasze okna wychodziły na dziedziniec, nie wywiedzieliśmy się powodu tego poruszenia.

Następnego ranka pojawił się nasz gospodarz – naczelnik Eisfeld, życząc nam dobrego dnia i winszując odzyskanej wolności. Byliśmy zupełnie skonfudowani, nie mogąc sobie tego wyjaśnić. Jednak nie było już straży i Eisfeld zapewnił nas, że w mieście nie ma już nieprzyjaciela, może z pominięciem rannych, o czym sami się przekonaliśmy. Oznajmiono nam, że nocą wszystkie nieprzyjacielskie wojska wymaszerowały. Pozwalało to jedynie suplikować, iż książę von Pleß - tak czy owak - uderzył pod Wrocławiem, zaś generał Montbrun pośpieszył w sukurs swoim, a o nas - w całym rozgardiaszu - po prostu zapomniano. Był już 1. styczneń 1807 roku. Badając sytuację w mieście napotkaliśmy tylko jednego wirtemberskiego oficera na prywatnej kwaterze, który raniony kartaczem (pocisk artyleryjski w formie kulek, umieszczonych zwykle w papierowym lub płóciennym zasobniku, używany do zwalczania „siły żywej” na krótkich dystansach) w zadek straszliwie lamentował. Poza tym w szpitalu byli jeszcze ranni w bitwie nasi i nieprzyjacielscy żołnierze. Radząc, co czynić, rozważaliśmy powrót do Brzegu, mimo iż nie zaręczyliśmy słowem, że pozostaniemy tu jako jeńcy, czego nie dopuszczało nasze poczucie honoru. W końcu uradziliśmy, żeby przez konnego posłańca wyklarować wszystko komendantowi Brzegu i uprosić, by wysłał podjazd celem nas uwolnienia. Jak postanowiliśmy, tak i uczyniliśmy i pod wieczór przybył porucznik von Koekritz wraz z oddziałem – ten sam, który w naszej wyprawie dowodził kawalerią, jednakże zmiarkowawszy niepowodzenie, zawczasu zrejterował, zabierając przezornie zdobyte przez nas działa i jeńców, za co książę von Pleß udekorował go swym własnym orderem „pour le merite” (błękitny Max – najwyższe pruskie odznaczenie bojowe od roku 1740 do 1918). Zameldowawszy na zamku swe przybycie nam na ratunek, odebrał od rzeczonego rannego nieprzyjacielskiego oficera słowo honoru, że ten nie będzie już przeciw nam służył i kazał załadować znajdujących się w szpitalu naszych i nieprzyjacielskich rannych, zdolnych do transportu, na podstawione na oławskim rynku wozy furażowe. Również i my usadowiliśmy się na takim wozie i tym oto sposobem znaleźliśmy się znów w Brzegu.

Po kilku dniach otrzymaliśmy rozkaz od generała Montbrun, który suponując nas jeszcze w Oławie żądał, abyśmy się niezwłocznie udali do kwatery głównej pod Wrocławiem. Rozkaz ów przesłał nam naczelnik Eisfeld. W naszej odpowiedzi eksplikowaliśmy, że będąc uwolnionymi wojennym sposobem (właśnie w tym celu wysłano ów podjazd; owa zaszłość odegra jeszcze pewną rolę przy mającej później nastąpić kapitulacji brzeskiej twierdzy) nie poczuwamy się w obowiązku respektować owego rozkazu. Jednak komendant (twierdzy), stary, blisko 70-letni słaby człowiek (Peter von Cornerut miał w rzeczywistości 73 lata; jednym z przejawów kryzysu pruskiej armii był zaawansowany wiek korpusu oficerskiego, a w szczególności podeszły wiek korpusu generałów; obsadzanie stanowisk komendantów twierdz – w okresie pokoju - wysłużonymi oficerami było często praktykowane jako przyznanie rodzaju dożywotniej renty) lękliwie i wbrew wszelkim argumentom żywił obawy, czy pozwolić nam – uprzednio wziętym do niewoli oficerom – pełnić dalszą służbę i przedłożył sprawę księciu von Pleß. Mnie jednak odejść (do Nysy) nie pozwolił, chcąc zatrzymać do obrony twierdzy. Ponieważ odpowiedź księcia nie nadchodziła, a tymczasem nieprzyjaciel podszedł również pod Nysę, przez co nie mogłem już tam powrócić, pozostałem więc w Brzegu, gdzie powierzono mi sporządzanie kul zapalających i świecących (amunicji zapalającej i świetlnej). W tym celu musiałem wpierw wysuszyć saletrę, gdyż o takiej amunicji dotychczas nie pomyślano. Stary komendant był dobrym żołnierzem, jednak zgoła nieodpowiednim do piastowania poruczonego mu urzędu, przy tym nadzwyczaj dziwacznym i małostkowym, choć i niezwykle sumiennym. Tak więc – dla przykładu – kazał przenieść zapasy sukna mundurowego pułku von Malschitzky, wyruszywszego uprzednio w pole, do swego mieszkania (w komendanturze, czyli późniejszej aptece pod „Murzynkiem” w rynku) i własnoręcznie odmierzał je krawcom, mającym ubrać kilkuset ludzi z zaciągu. Zaiste zajęcie to niegodnym było komendanta. Zadbał również o zaprowiantowanie twierdzy, sprowadzając do miasta pokaźną liczbę wieprzy – z zasobów podlegających inspektoratowi sprawowanemu przez audytora rządowego Schuberta. Wpadł przy tym na osobliwy pomysł, by pokaźną część ubić, zaś mięso ugotować w kadziach warzelniczych, a zupę zaszpuntować w beczkach i wyprawić wraz z solą i pieprzem jako strawę dla oddziałów odkomenderowanych do odsieczy Wrocławia. Kto jednak ową zupę jadł i co się z nią stało, nie jest mi wiadomym, mnie ona nie rozgrzała. Jeśli prawdą jest, co mówią niekórzy, że komendant - przy okazji bicia - kiszki i podroby zachował dla siebie, poleciwszy z tego zrobić kiełbasę, to i ja odniosłem stąd korzyść, jako że będąc codziennym gościem u jego stołu, zaświadczyć mogę, że prawie przez 14 dni nie jadłem nic prócz kiełbasy. Rzeczona wieprzowina została zapeklowana i była składowana w piwnicy komendanta, skąd po kapitulacji wyciągnęli ją Wirtemberczycy.

(-)

Właśnie siedzieliśmy przy obiedzie u komendanta i jedliśmy – jak zwykle - kiełbasę, gdy wszedł frajter (starszy szeregowy) i zameldował, że na przedpolu (twierdzy) pojawiły się nieprzyjacielskie wojska. Ha! – odrzekł komendant, pałaszując przy tym talerz kiełbasy, jako że jak na swój wiek, cieszył się dobrym apetytem – jakichż to znów nieprzyjaciół widzicie, to pewnie zbiegli z niewoli strzelcy krajowi z korpusu księcia von Pleß. Frajter odmaszerował, ale wkrótce pojawił się podoficer, składając tenżesam meldunek. Komendant pokręcił tylko głową, nie przerywając jedzenia i skinieniem ręki odprawił podoficera. Teraz zameldował się sam porucznik von Jentzen zapewniając, że pojedyńczy nieprzyjacielscy kawalerzyści harcują już na stoku bojowym twierdzy (wał po zewnętrznej stronie fosy i drogi ukrytej, opadający w stronę nieprzyjaciela, by uniemożliwić mu wgląd w fosę; to dzieło fortyfikacyjne jest jeszcze dziś dość czytelne – najlepiej na górnej alejce odcinka plant, równoległego do ul. Jana Pawła II; przebiegająca równolegle, nieco niżej, dolna ścieżka, to właśnie droga ukryta). Dopiero teraz sytuacja wydała się naszemu wszechwładnemu być podejrzaną, a i kiełbasa była już zjedzona. Postanowił więc przekonać się naocznie, zaprosiwszy do towarzystwa kapitana von Rawę – jednego ze stołowników i mnie. W drodze dołączył do nas porucznik von Koschitzky, z którym pośpieszyłem na bastion przy bramie Nysańskiej, gdzie przekonałem się o prawdziwości meldunków (brama Nysańska znajdowała się mniej więcej u zbiegu dzisiejszych ulic Piastowskiej, Chrobrego i Długiej; wspomniany bastion to bastion magdeburski lub wysoki – znajdował się na nim tzw. kawalier, czyli nadszaniec, umożliwiający lepszy wgląd w przedpole, bastion ten jest wyraźnie widoczny na starych rycinach, wyobrażających Brzeg od południa). Podążyłem niezwłocznie do komendanta i spytałem, czy nie zamierza rozkazać zamknąć bram, gdyż w przeciwnym razie nieprzyjaciel gotów jeszcze zająć twierdzę z zaskoczenia. Komendant wydał odpowiedni rozkaz, a mnie pozwolił, bym z rzeczonego bastionu dał ognia z działa 12-funtowego, by pohamować nieprzyjaciela w swej zuchwałości harcowania na stokach twierdzy. Na mój rozkaz stawił się przywiedziony przez straż bramną augmentacyjny artylerzysta z 2. pułku (czyli z zaciągu, dla dopełnienia stanu osobowego), który to jednak niestety nie rozumiał się nawet na ładowaniu, tak że asystując mu wraz z Koschitzkim wypaliliśmy kilka razy zaledwie, co jednak wystarczyło, by nieprzyjacielscy jeźdźcy się oddalili. Jednak już niebawem pojawił się parlamentariusz, żądając wpuszczenia do twierdzy. Przekazane przezeń wezwanie do kapitulacji komendant oddalił starą pruską repliką, że „wpierw musi mu się chustka do nosa w kieszeni zapalić ” (tzn. że nie odda twierdzy bez walki). Lecz jakże szybko owo buńczuczne zapewnienie zupełnie się odmieniło.

Następnej nocy nieprzyjacielskie konne baterie haubic ostrzeliwały miasto – bawarska artyleria posiada takowe działa - z jaszczami zarazem przodkami będącymi, na których i kanonierzy siedzą, poczym ustawił kilka baterii demontujących (przeznaczonych do bezpośredniego zwalczania – demontowania – umieszczonej na wałach artylerii obrońców oraz przedpiersi wraz z ambrasurami/ otworami strzelniczymi), nie sypiąc jednak szańców (wokół baterii), jako że wiedząc o słabej gotowości do obrony, nie uznał najwidoczniej twierdzy za godną regularnego oblężenia. Niestety nie mogliśmy przeciw temu uczynić zbyt wiele. Kilka lat wstecz pułkownik von Pontanus (ówczesny komendant twierdzy) projektując z poruczenia ministerstwa wojny atak na twierdzę i na tej podstawie koncypując jej obronę, określił rozmieszczenie ambrasur (otworów strzelniczych) w przedpiersiach, które podług tego planu uczyniono i obłożono faszyną. Niestety nieprzyjaciel nie zastosował się do owych planów, przez co nie sposób było z rzeczonych ambrasur trafić nieprzyjacielskich baterii. Dopiero po długich debatach i konferencji z inżynierami (chodziło o inżynierów wojskowych, odpowiedzialnych za twierdzę) na wałach usypano dodatkowe nasypy, by strzelając z barbetty (tzn. ponad przedpiersiami), prowadzić ogień flankujący, przez co jednak artylerzyści rychtujący armaty nie byli chronieni przedpiersiami.

Poniższa rycina, pochodząca ze strony internetowej http://www.coehoorn.nl, znakomicie ilustruje zaistniały problem i jego rozwiązanie).



I mnie z wielkim trudem przyszło przekonać komendanta, by sporządzić więcej amunicji artyleryjskiej. Ten bowiem stale obstawał przy tym, iż rzeczony pułkownik von Pontanus przewidział jedynie po sto strzałów na armatę i że gdyby on (komendant) polecił teraz przygotować więcej amunicji armatniej, to mogłoby to mu wyjść na niekorzyść. Moje pragnienie zostało wprawdzie spełnione, jednak komendant dla swego honoru ratowania uczynić mógł więcej, niż wytrzymać jeno 24-godzinny ostrzał twierdzy przed jej poddaniem, więcej ponad względy, które mogły go poniekąd usprawiedliwiać. A to, że załoga twierdzy liczyła jedynie 600 piechurów i 40 artylerzystów, do jej obrony dysponowano tylko 50 armatami, a sama twierdza tylko z jednej strony (od południa) chroniona była słabą enwelopą (wieniec dzieł zewnętrznych) poza linię głównych bastionów, a jej fosy srogą zimą zamarzły, a lód na nich nie mógł być stale rozbijany, przez co szturm stawał się wielce łatwym. Na domiar złego nieprzyjaciel obrał sobie za cel dom zamieszkiwany przez komendanta (komendantura mieściła się w późniejszej aptece pod murzynkiem w rynku), przez co żona komendanta śmiertelnie zaniemogła i wkrótce zmarła (Johanna Charlotte Adolphine von Cornerut zmarła jeszcze tego samego miesiąca w wieku 69 lat). Magistrat, jak i cały stan mieszczański, uparcie nalegały na przekazanie twierdzy, uważając że tak czy owak stać się to musi, a domy dalszym oblężeniem na próżno będą zniszczone. Żołnierze zaś, rozmieszczeni bez zluzowania na wałach, nie chcieli i nie mogli dłużej tam wytrzymać o srogim mrozie, gdyż po pierwsze nie mieli płaszczy, które komendant zamówił u mieszczańskich (cywilnych) krawców dopiero po pierwszym ataku, lecz ci podziękowali mu za robotę; po drugie – przy braku jakichkolwiek kazamat, na szańcach nie postawiono też żadnych baraków dla załogi, która musiała biwakować pod gołym niebem i po trzecie wojsku nie wydano ni drewna na ognie strażnicze (ogniska), ni słomy na sienniki, przez co żołnierze – ku wielkiemu niezadowoleniu komedanta – plądrowali jego drewutnię na wałach, zaś słomę podbierali ze ściółek w jego ogrodzie.

To wszystko skłoniło owego starego i słabego człowieka do przekazania twierdzy po kolejnym do tego wezwaniu, zwłaszcza gdyż – wedle własnej opinii – tak wielu silniejszym twierdzom nie udało się uniknąć podobnego losu.

Dla zawarcia kapitulacji do Brzegu przybył francuski adiutant major le Febvre, z którym konferowano również w sprawie kapitana von Prittwitza, porucznika von Wittiga i mojej i po wyjaśnieniu wszystkich okoliczności rzeczony le Febvre zdecydował, że podobnie pozostałym oficerom garnizonu zostaniemy zwolnieni na słowo honoru (chodziło o to, że wspomniani oficerowie, już raz wzięci do niewoli pod Ścinawą Polską, powrócili z niej w niejasnych okolicznościach – według własnej wersji uwalniając się wojennym sposobem – to właśnie w tym celu odbyły się korowody z wysyłaniem podjazdu z Brzegu, jednak nieprzyjaciel mógł im zarzucić złamanie słowa honoru, danego na okoliczność, że nie będą walczyć przeciw sprzymierzonym, co mogło mieć konsekwencje; być może dali owo słowo honoru już wtedy, co autor pomija jednak milczeniem, by nie padło nań odium krzywoprzysiężcy; należy również nadmienić, że zwalnianie oficerów z niewoli na słowo honoru było wówczas na porządku dziennym, podobnie jak następujące po nim zwykle „odwracanie kota ogonem”). Podczas mojej - przy tej okazji - bytności u komendanta, zastałem go zajętym odczytywaniem obszernych warunków, na których miał przekazać twierdzę. Francuz wprawdzie wszystko zapisał i obiecał, ale w końcu niczego nie dotrzymano. Ani on, ani starzy generałowie von Prittwitz (nie mylić ze wspomnianym kapitanem o tym nazwisku) i von Heising, którzy z uwagi na podeszły wiek nie wyruszyli w pole, lecz schroniwszy się w brzeskiej twierdzy, dostali się tu do niewoli, nie otrzymali kapitulacyjnej pensji, ani racji (żywnościowych), o które tak zabiegali podczas negocjacji. Sam komendant wkrótce zmarł i niestety inżynier twierdzy major Bourdet, mianowany co prawda przez księcia von Pleß wicekomendantem, lecz nie będąc samemu „Lumen mundi” (światłem świata - w sensie: człowiekiem nazbyt rozgarniętym), cierpliwie znosząc upokorzenie, gdy raz komendant w mojej obecności kazał mu stulić pysk, musiał teraz odpokutować nieswoje winy, jako że sąd wojenny za uchybienia w obronie twierdzy Brzeg skazał go na dożywotnią karę twierdzy w Kłodzku, gdzie i przyszło mu później zemrzeć. Mnie nie wystawiono glejtu do obleganej już Nysy (macierzysty garnizon autora wspomnień), lecz - tak jak pozostałym oficerom – jedynie glejt kapitulacyjny do Brzegu, wystawiony przez bawarskiego generała de Roi.Ponieważ nikt mi nic nie dał, żyłem na kredyt mojego gospodarza, kupca o nazwisku Otto, za co jednak przyszło mi później drogo zapłacić. Chcąc mu bowiem okazać wdzięczność, pożyczyłem na jego prośbę pieniądze, ale on później zbankrutował, przez co i ja poniosłem dotkliwą stratę. Moja dobra żona, odważywszy się do mnie przybyć, przeszła szczęśliwie przez nieprzyjacielskie linie. Żyliśmy cicho i skromnie, oczekując wydarzeń, które miały nastąpić. Nie trzeba było czynić więcej, gdyż jako jeńcy byliśmy pod stałym nadzorem. Tak - dla przykładu - zwolnieni wraz ze mną na słowo honoru porucznicy von Drigalsky i Scheurwasser zostali aresztowani i odesłani do Francji, gdy pozwolili sobie wyrazić poglądy polityczne. Dochodziło i do innych prześladowań. Mój gospodarz nabył od francuskiej artylerii złom mosiężny w postaci metalowych form do odlewania kul, granatów i bomb (granaty wystrzeliwano z armat i haubic, bomby z moździerzy), dobrze mi znanych i o których wiadomym mi było, że krótko po wybuchu wojny Urząd Górniczy przesłał je z Małejpanwi do Brzegu celem tu przechowania. Poradziłem więc memu gospodarzowi, by je do czasu przechował, lecz on, nie posłuchawszy mojej rady, zażądał od Urzędu Górniczego zapłaty, zaś urząd ów, zapominając o swych powinnościach podczas nieprzyjacielskiej niewoli, złożył meldunek księciu Hieronimowi we Wrocławiu. Nieprzyjacielskie wojsko odebrało zatem memu gospodarzowi rzeczone formy, nie zwracając mu zapłaty, a na domiar złego wtrącono go jeszcze do lochu, cenne zaś formy wysłano do Francji.

Brzeg musiał nadto srodze odpokutować uprzednie naleganie na kapitulację, jako że majątek komunalny został znacznie uszczuplony przez uposażenie wszystkich oficerów, kosztowne umeblowanie domu komendanta oraz bale, które miasto co tydzień wyprawiać musiało.

10. maja 1807 roku wezwany zostałem przed oblicze komendanta, generała Rheinwalda - Alzatczyka – który oznajmił mi, iż zostanę wymieniony na wziętego do niewoli nieprzyjacielskiego oficera jegrów, co stało się już 17. marca, zaistniałą zaś zwłokę tłumaczono nieznanym miejscem mego pobytu. Tak więc 11. maja zaprzęgiem i w towarzystwie bawarskiego ogniomistrza odesłany zostałem do Nysy. Moja kochana żona nie chciała w rzeczy samej tu pozostać, lecz dzielić mój los, zaś ja, ceniąc ten dowód jej miłości, nie mogłem jej tu pozostawić.

Bombardowanie miasta pociągnęło za sobą 3 śmiertelne ofiary: 60-letniego pomocnika warzelniczego, 3 ½-letnie dziecko, zabite w domu przez granat oraz 75-letniego mężczyznę, zastrzelonego na ulicy Rybackiej. Straty materialne były jednak znaczne. Na Ratajach szacowano je na 6.600 talarów. Uszkodzony został tzw. młyn krupniczy na Wyspie Młyńskiej (w roku 1813 całkowicie zniosła go woda). W samym mieście całkowicie wypalił się tylko
1 budynek - oficyna przy ulicy Jeziuckiej, neleżąca do rzeźnika Hoffmanna, zaś przed Bramą Małujowicką (brama ta znajdowała się mniej więcej na dzisiejszym skrzyżowaniu ulic Staromiejskiej i Chrobrego) 3, a przed Bramą Nysańską 8. Wszystkie wypalone budynki – w liczbie 12 - zostały urzędowo wycenione przez inspektora budowlanego Nixdorffa na łącznie 3.660 talarów. Szkód w posiadanych budynkach doznało w sumie 274 właścicieli – w tym aptekarz Ludewig, drukarz Wohlfahrt oraz aptekarz Haumbold w Rynku. Poza tym uszkodzonych zostało 9 budynków publicznych, 6 należących do urzędu kolegiackiego, 35 budynków na przedmieściu nysańskim, jeden przed Bramą Małujowicką, 12 na przedmieściu odrzańskim, 10 na wrocławskim, 5 na Wyspie Młyńskiej oraz dom należący do Żyda Silbersteina, z niewiadomych powodów urzędowo osobno wyszczególniony. Zgodnie z zestawieniem z 30. września 1807 roku całkowite straty wyniosły – po odliczeniu wspomnianych 3.660 talarów - jeszcze ponad 10.800 talarów.

Wielka afera drzewna

Pewien obraz zachowań mieszczan widoczny jest na przykładzie wspomnianej również przez Doerksa kradzieży drewna, która to afera zatoczyła szerokie kręgi. Zgodnie ze sprawozdaniem magistratu, materiał znajdujący się w królewskim składzie drewna przed Bramą Nysańską padł pastwą płomieni podczas oblężenia, zaś 1064 sążni drewna, które komendant rozkazał przenieść do miasta, zostało rozkradzionych podczas kapitulacji. Drewno to było składowane w ogrodzie, znajdującym się między Bramą Wrocławską i Odrzańską, tuż przy wałach (czyli na terenie dzisiejszego Parku Nadodrzańskiego), strzeżonym z rozkazu gubernatorstwa („zarządu” twierdzy). Podczas oblężenia w mieście stał się odczuwalny brak drewna. Zamieszanie, panujące krótko przed i krótko po kapitulacji, „której to powodzenia każdy mieszkaniec wyczekiwał drżąc ze strachu i trwogi” wykorzystane zostało przez kierujących się niskimi pobudkami do zaspokojenia doskwierającego braku drewna – początkowo niepostrzeżenie - z zasobów twierdzy. Z tej przyczyny z rozkazu generała Corneruta odkomenderowano 12 ludzi ze straży obywatelskiej do strzeżenia placu drzewnego (we wspomnianym ogrodzie), a gdy tych przestano respektować, gubernatorstwo twierdzy odkomenderowało jeszcze 40 ludzi warty wojskowej. Kroki te pozostały jednak bezowocne, a doszło wręcz do tego, że mieszczanie, po dojściu do porozumienia z żołnierzami, nie tylko otwarcie wynosili drewno, lecz także już wywozili – na sankach, ciągnionych przez dzieci - nawet całymi łasztami (dawna jednostka miary objętości) tak żywo i zachłannie, że trudno się było przecisnąć przez rynek. Jednym słowem, wśród publiczności zapanował taki entuzjazm, że żaden przedstawiciel władz cywilnych, czy wojskowych, nie śmiał się przeciwstawić owemu niedozwolonemu procederowi poprzez środki doraźne. Tym bardziej, że nawet wskazanie konkretnych osób gubernatorstwu przez dyrektoriat miejski nie przynosiło żadnego skutku. Magistrat twierdził więc, że nie sposób wykryć głównych sprawców. Na podstawie raportu do króla, sporządzonego przez brzeskiego radcę wojennego i podatkowego Bergera, zbadanie sprawy powierzono asesorowi sądu miejskiego Reichertowi. Przeprowadzone dochodzenie wykazało, że po przekazaniu twierdzy drewno zostało nieodpłatnie udostępnione ogółowi. Wśród zaopatrujących się tą drogą w drewno, w przeświadczeniu, że postępują w dobrej wierze, znajdował się również radca komisji justycjarnej (urząd lub tytuł w hierarchii prawniczej) Laube. Winą za stratę poniesioną wskutek tego przez Królewską Kasę Drzewną, w wysokości 3156 talarów, Kamera Wojny i Domen (organ administracji regionalnej) we Wrocławiu obciążyła byłego komendanta von Corneruta. Zarzut nieodpłatnego udostępnienia drewna, co było sprzeczne z prawem, skłonił starszego jegomościa do złożenia oficjalnego pozwu, w którym m.in. czytamy:

„Z całą powagą muszę zaznaczyć, iż w momencie przekazania (twierdzy) zapasy drewna nie wynosiły bynajmniej 1064 sążni, lecz znacznie mniej. Drewno przydzielone etatowo nie wystarczało do ogrzewania wartowni. Od początku oblężenia Wrocławia garnizon musiał w ciągu 8 tygodni dzień i noc przebywać na wałach, by uniknąć zaskoczenia. Nie mogłem pozwolić, by w większości źle umundurowani i nie posiadający płaszczy żołnierze zamarzli przy panujących często tęgich mrozach, co zmusiło mnie do rozdzielenia drewna na wszystkie bastiony. Gdyby nie kładziono przy tym nacisku na oszczędność, to miesięczny przydział 1064 sążni (drewna) zostałby całkowicie zużyty. Lecz w momencie przekazania twierdzy pozostał jeszcze rzeczywiście pewien zapas. Już od samego początku kazałem rzeczonego drewna pilnować i jestem pewien, że aż do chwili, gdy wiadomym było zawarcie kapitulacji, nie uszczknięto z tego ni piędzi. Przekazanie twierdzy stało się wiadomym 16. (stycznia) o 4. godzinie po południu poprzez obsadzenie 2 bram przez Bawarczyków. Około godziny 8. zameldowano mi, że drewno składowane w dawnym ogrodzie jezuickim pod bastionem Hautcharmoy (na terenie dzisiejszego Parku Nadodrzańskiego) jest plądrowane, zaś warta nierespektowana (ignorowana). Poleciłem podwoić wartę i rozkazałem, by z pobliskiego bastionu Hautcharmoy, który to również mógł strzec rzeczonego drewna, jako że znajdowało się ono pod nim samym, strzelać do plądrujących – lecz tylko dwóm całkowicie pewnym ludziom – ślepymi nabojami na postrach. Jednak niestety i te kroki na nic się nie przydały, bowiem żołnierz, dowiedziawszy się o dojściu do skutku kapitulacji, zapomniał o subordynacji i skłonny był wspierać zwyczajną klasę ludową (plebs), która to prawie w wyłączności rozkradła całe drewno. Wobec tych okoliczności i ponieważ większa część garnizonu była zupełnie niezdatna do pełnienia warty, zaś pozostała musiała być po części przydzielona do pełnienia zwyczajnych wart, a po części do strzeżenia zasobnych magazynów - w obliczu groźby ich splądrowania, nie pozostało mi nic innego, niż polecić goszczącemu u mnie burmistrzowi Grofemu, by pilnowanie drewna powierzyć straży miejskiej, co się i stało. Jednak już niebawem burmistrz powrócił z wiadomością, że cały trud na nic, gdyż w obawie przed poturbowaniem musiał się salwować ucieczką - wraz ze strażą złożoną z 12 mieszczan. Poza tym nie mógł w ciemnościach nikogo rozpoznać, a i straż nie zdawała się mieć zapału do ratowania zapasów drewna, które - wedle jej poniekąd słusznego mniemania – już wkrótce i tak stać się miały łupem nieprzyjaciela. Występujący zwykle podczas przekazywania twierdzy brak subordynacji udaremnił wszelkie usiłowania”.

Z datą 29. kwietnia 1808 roku sprawa została odłożona ad acta. Powyższy przykład uwidacznia, jak zaledwie 8-dniowe oblężenie wpłynęło na mieszczan i żołnierzy.